Intonarumori – Luigi Russolo
Intonarumori to zestaw eksperymentalnych instrumentów muzycznych wykonanych przez włoskiego przedstawiciela futuryzmu, Luigiego Russolo, żyjącego w latach 1885-1947, malarza, kompozytora
i autora traktatu L’Arte dei rumori (Sztuka hałasu), uznaje się go za jednego z pierwszych teoretyków muzyki elektronicznej.
Nazwa instalacji (jeśli można to nazwać instalacją) – Intonarumori – pochodzi od włoskiego intona rumori, czyli tworzenie hałasu.
Każdy instrument składa się z drewnianego prostopadłościennego pudła i metalowego lub kartonowego głośnika – nie mają elementów elektronicznych. Na przestrzeni dwudziestu lat
powstało dwadzieścia siedem instrumentów.
![]() |
| Źródło ilustracji: wikipedia.org |
Luigi Russolo w swoim traktacie zawiera myśl, że starożytność była cicha, a w dziewiętnastym wieku, wraz z narodzeniem maszyn, rozpoczął się hałas.
Zdecydowałam się opisać Intonarumori, bo fascynuje mnie koncepcja hałasu jako muzyki.
Być może taki był cel twórcy – skłonić do zastanowienia nad istotą muzyki. Z tych instrumentów bowiem wydobywa się trzask, huk, szelest, łomot i inne rozmaite warianty hałasu (we wspomnianym wcześniej traktacie zostały one dokładnie opisane i podzielone na grupy). Autor najwidoczniej widział w tym sztukę. Wyjść na ulicę i zachwycić się odgłosami przejeżdżających samochodów i tramwajów – to nie zdarza się często. W każdym razie mi się nie zdarza. Nigdy przechodząc przez miasto
nie zatrzymałam się, oszołomiona pięknem otaczających mnie dźwięków.
Rozumiem postrzeganie odgłosów natury jako sztuki – śpiewu ptaków, szelestu liści. Wydają
się one przyjemne, uspokajające, jakby głaskały nas po głowie, można się w nich zanurzyć
i przy nich odprężyć.
Natomiast brzmienia życia codziennego ludzi nie trafiają do mnie jako piękne, a być może powinny. Jeśli ktoś odebrał staranne wykształcenie muzyczne i śpiewa w Teatrze Wielkim, to jest sztuka. Jeśli ktoś śpiewa przy wieszaniu prania, mocno fałszując, to już nie? Wystukiwanie palcami
na biurku rytmu nieistniejącego utworu to sztuka, czy nie?
Ludzie przywykli do podziwiania wypracowanych umiejętności. Niewykształceni, amatorscy pianiści nie dają koncertów. Dlaczego profesjonaliści są lepsi? No tak, mają większe możliwości techniczne
i znają całą teorię – kiedy zaakompaniować akordem C-dur, jak długo powinna trwać pauza, kiedy harmonia, a kiedy nie. Współczesna muzyka, może nie rozrywkowa, skłania się ku gloryfikacji dysharmonii, które na pierwszy rzut ucha (he, he) wydają się nieprzyjemne, wydają się być efektem pomyłki.
Jaka byłaby różnica między wyjściem na ulicę i słuchaniem samochodów a wysłuchaniem nagrania tego szumu, zarejestrowanego przez słynnego awangardowego artystę? Kierowcy przejeżdżających ciężarówek nie myślą o tym, że tworzą sztukę. Słynny artysta dostrzega w warkocie silnika coś, czego oni nie widzą i zwraca uwagę na nieuchwytny element mistycznego „czegoś więcej” kryjącego się w codziennym hałasie. Przecież piękno nie jest zdefiniowane. Szum strumienia górskiego
i dźwięk klaksonu to inne od siebie odgłosy, ale nie można ocenić jednego jako lepszego od drugiego.
Wydaje mi się, że dawna muzyka klasyczna polegała na tym, że ludzie starali się stworzyć
coś, co uważali za wspaniałe. Być może wydostać na nasz świat małe fragmenty niedostępnego przeciętnym osobom perfekcyjnego uniwersum. Chodzi o to, że artyści nie tworzą sami, ale czerpią natchnienie z nadświata, składającego się jedynie z piękna. Widzieli jego część i starali się odzwierciedlić ją jak najlepiej w naszej, mniej idealnej rzeczywistości – robiąc to poprzez nuty, poprzez farby lub glinę.
Może muzyka współczesna próbuje pokazać odbiorcom, że nie tylko oczywiste piękno ma wartość, albo że… wszystko jest pięknem. Na początku aż trudno objąć umysłem taką koncepcję. Ale co na świecie jest definitywnie brzydkie? Pająki? Śmietnik? Poparzenia? Skarpety i sandały? Śmierć?
Rozglądam się i nie mogę znaleźć niczego brzydkiego.
Może ból i cierpienie, ich obrazy w naszej rzeczywistości. Skrzywdzeni, pobici ludzie?
Nie można nazwać ich brzydkimi. Są nieszczęśliwi i obserwatorom przykro jest na nich patrzeć,
ale przypisywanie im negatywnej wartości estetycznej to błąd.
A co z martwą świnką morską? Jest piękna? Nie byłoby dużej różnicy estetycznej między martwą
a pluszową świnką, ale my mamy dodatkowe informacje, że ta pierwsza była kiedyś żywym organizmem, a teraz już nie jest i to w jakiś sposób wpływa na nas tak, że nie chcemy jej przytulać, a pluszową jak najbardziej.
Ze zmysłem węchu jest bardzo prosto – coś pachnie ładnie albo nieładnie. Można
preferować zapach róż od zapachu goździków, ale nikomu nie podoba się woń zgnilizny. Podział
na przyjemne i nieprzyjemne zapachy jest bardzo jasny, a różnice w gustach niezbyt znaczące. Inaczej jest ze wzrokiem – każdy uważa za piękny inny obraz, każdemu podoba się inny człowiek. Właściwie jak to jest możliwe, jeżeli brzydota nie istnieje?
Intonarumori pokazuje, że dźwięki nie są brzydkie. Po prostu są.
Instrumenty zaginęły lub zostały zniszczone podczas drugiej wojny światowej, jednak powstały
trzy zestawy ich rekonstrukcji. Tony, które możemy dzięki nim usłyszeć, nie wzbudzają zachwytu,
nie jest to głębokie przeżycie artystyczne, a jednak długo można się nad nimi zastanawiać. Co mogłyby przekazywać? Po co powstały?
Chcesz usłyszeć Intonarumori? Zajrzyj tutaj.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz