środa, 28 czerwca 2017

Las na Broadway'u? To jednak możliwe!


Przesłuchania i oficjalne wywieszenie obsady. Scena z przetartych belek. Gwoździe powbijane
w stare kawałki drewna. Oślepiające światła reflektorów. Dźwięki orkiestry dochodzące spod sceny
i dyrygent "wykukujący" z dziury. 


Na belkach wyrasta las, może nieprawdziwy, ale całkowicie przypominający rzeczywistość. Drzewa budowane z siatki, oklejane gazetami i malowane, w ściółce wykładana powierzchnia matami sztucznej trawy, suche już liście porozrzucane w bezładzie. Od czasu do czasu pojawia się nawet kwiatek, by dodać uroku i wiarygodności. 


I trochę dalej, a bardziej po drugiej stronie, ktoś wyjątkowo potrzebny. Widz. Przychodzi, by odkryć "tajemnice lasu".



Źródło ilustracji: archiwum autorki tekstu
Sam ten las nie skrywałby jednak tylu tajemnic, gdyby nie życie, które się w nim toczy i perypetie jego mieszkańców. Kradzież harfy i ziarenka fasoli prosto z nieba od olbrzyma, podróż Jasia na targ, by sprzedać krowę, poszukiwanie Jasia przez zmartwioną mamę, klątwa Czarownicy na rodzinę Piekarza i warunki, które muszą zostać spełnione w trzy dni przed północą, by jego żona mogła mieć dziecko. Mieszanka trochę wybuchowa: spotkania z Czerwonym Kapturkiem, Wilkiem, Kopciusz-
kiem, Roszpunką i dwojgiem książęcych braci szukających miłości. A wszystko to po to, by zdobyć złoty pantofelek, czerwoną pelerynkę, włosy jak kłos kukurydzy i krowę białą jak śnieg.
 

Ruchome domki różnych bohaterów, efekty specjalne, a do tego jeszcze wieża, z której Roszpunka spuszcza swoje niewyobrażalnie długie włosy. 


Źródło ilustracji: archiwum autorki tekstu
Lekkie zmiany w historii i połączenie bajek i wątków dają zupełnie nowy i zaskakujący spektakl,
a dokładniej musical. Więcej w nim zdecydowanie śpiewu niż kwestii mówionych, a muzycy prawie nigdy nie przestają grać. Postaci idą "Into The Woods", by walczyć o swoje marzenia, robić interesy, odwiedzić bliskich, albo najzwyczajniej gubią się w jego zakamarkach i zawsze zbiegiem okoliczności napotykają się na siebie. 



Źródło ilustracji: archiwum autorki tekstu
Żmudne próby każdego dnia po kilka godzin i nieszczęsne powtarzanie układów, piosenek i scen zbiorowych sprawiają, że aktorzy mają dość. I jeszcze te przymiarki i zgranie wejść, kwestii śpiewanych i mówionych z orkiestrą...w tym scenicznym lesie wcale nie jest tak łatwo. Śmierć
od uderzenia berłem w głowę i bycie martwym cały czas będąc na scenie, to tylko niektóre
z wyzwań. Ale przecież we wszystkim można znaleźć plusy, prawda? Aktorka miała głowę
za kamieniem leżąc już nieżywa i mogła spać, byleby tylko nie przegapić wejścia. 



Źródło ilustracji: archiwum autorki tekstu
Premiera. Miesiące prób opłacają się, gdy w końcu nadchodzi ten dzień. Po drodze były dramy, zgrzyty, kłótnie i płacze, ale też zżycie się z innymi członkami obsady. 

Zagranie takiego przedstawienia tylko kilka razy, to zbyt mało. Przedstawienia Stephen'a Sondheim'a i James'a Lapine stworzonego w 1987 roku,które zrewolucjonizowało scenę musicalową i było najdłuższym wystawianym spektaklem na Broadway'u, wygrywając tony prestiżowych nagród
i zawierając piosenki sławne na całym świecie. 


Swoim scenariuszem, trudnością poziomu muzycznego i oryginalnością zainspirowało wytwórnię Disney'a do nakręcenia adaptacji filmowej z takimi gwiazdami jak Meryl Streep, Johnny Depp
czy Anna Kendrick w rolach głównych.

Od lat przyciąga setki widzów, ale jak się kończy? Ukłonem. Mało kto jednak wie, czym tak naprawdę jest ukłon.


Źródło ilustracji: archiwum autorki tekstu
Artyści kłaniają się w jednym głównym celu: by podziękować publiczności. Za przyjście,
za cierpliwość, oklaski i to, że mieli ochotę zajrzeć w świat na scenie, a nie obrzucili aktorów pomidorami i wyszli.

Tego wszystkiego nauczył mnie nauczyciel historii, muzyki, śpiewu i teatru, a także reżyser licealnych spektakli podczas całej pracy nad "Into The Woods" w Damascus High School,
MD w USA.


Julia Sekulska, 1F

„Nie ma jak lata 20., lata 30.” w Teatrze Muzycznym


Źródło ilustracji: www.teatr-muzyczny.poznan.pl/


Scenariusz: Ryszard Marek Groński
Muzyka: Artur Gold, Jerzy Petersburski, Andrzej Włast, Henryk Wars, Jerzy Gerżabek,
Leo Daniderff, Bolesław Mucman, Roman Palester, Mieczysław Miksne
Aranżacje: Michał Łaszewicz, Zbigniew Małkowicz, Maciej Szymański

„Nie ma jak lata 20., lata 30.” pozwoli nam przenieść się w czasie do przedwojennej Polski,
aby każdy mógł przeżyć jeszcze raz atmosferę i klimat jaki towarzyszył kultowym scenom odgry-
wanym przez Eugeniusza Bodo, Lodę Halamę czy Hankę Ordonównę.

Spektakl opowiada o dwóch hochsztaplerach, którzy tworzą film, organizują casting, podczas którego kandydaci wykonują popularne szlagiery znane z kina i teatru. Utwory, które można usłyszeć to wiecznie żywe przeboje jak  „Umówiłem się z nią na dziewiątą”,  „Ach te baby…” czy  „Miłość
ci wszystko wybaczy”, które słuchamy do dziś w nowych aranżacjach. Sceny muzyczne, jak
i fabularne są bardzo ciekawie połączone, tworzą spójną całość, za co odpowiedzialni byli scenarzysta Ryszard Marek Groński oraz reżyser Andrzej Hofman.


Źródło ilustracji: www.gloswielkopolski.pl

Nie zabraknie też scen humorystycznych, a co więcej przedstawienie jest pełne najlepszego żydowskiego humoru, jak mówi reżyser „Prawie wszyscy autorzy przedwojennych tekstów byli pochodzenia żydowskiego. Między innymi Julian Tuwim, Marian Hemar, Andrzej Włast, Konrad
Tom i Władysław Szlengier. Dzięki temu mogę zaproponować widzom chociażby słynny i wiecznie aktualny tekst "Mistyka finansów" Juliana Tuwima”.

„Nie ma jak lata 20., lata 30.” to spektakl dla każdego, przybliża dawne lata pokoleniom,
które tylko kojarzą piosenki, a innym pozwala powrócić do szalonych, młodzieńczych lat. Można wybrać
się na ten musical z całą rodziną, a gwarantuję, że każdy będzie się dobrze bawił. Barwne pełne humoru sceny, wiecznie popularne utwory i kostiumy jak sprzed wojny pozwolą nam przenieść
się do tych pięknych czasów, tajemniczych i romantycznych.


Źródło ilustracji:m.poznan.pl
"Czy można jeszcze coś nowego powiedzieć - i zaśpiewać - o dwudziestoleciu międzywojennym? Zwłaszcza z zastrzeżeniem, że muzyka tamtych czasów zostanie zaprezentowana bez udziwnień
i w wersji prawie klasycznej? Okazuje się, że można - trzeba tylko mieć pomysł, dobrego reżysera
i wykonawców nie tylko dobrze śpiewających, ale jeszcze z poczuciem humoru. Wszystkie
te warunki udało się znaleźć w Teatrze Muzycznym i tak powstał naprawdę dobry spektakl." - Lilia
Łada - codziennypoznan.pl

"Bogactwo barw i kostiumów przykuwa uwagę widza, ale w odróżnieniu od rewii nie jest najważ-
niejszym elementem spektaklu. Widzowie mogą liczyć na niezapomnianą rozrywkę przy największych i najbardziej znanych piosenkach międzywojennego kina polskiego." - Marta Łuczkowska - Świat Kultury Poznań

Premiera miała miejsce 27 lutego 2015 r., a spektakl został już zdjęty z afisza, lecz jeśli powróci
w przyszłości na scenę to bardzo zachęcam do udania się do Teatru Muzycznego, na to nieza-
pomniane widowisko.

Maria Ofierska, 1A 


wtorek, 27 czerwca 2017

„Zakonnica w przebraniu”


Poznański Teatr Muzyczny w swoim aktualnym repertuarze na rok 2017, oferuje niezwykłą komedię muzyczną, wprost idealną dla fanów brzmień disco. Mowa o musicalu na podstawie kasowego hitu
z 1992 roku kręconego w Kalifornii, z Whoopi Goldberg w roli głównej. Muzyczna historia opowiada losy trzeciorzędnej barowej piosenkarki, marzącej o wielkiej karierze na scenie Broadwayu. Tytułowa bohaterka, przypadkowo wpada w ogromne niebezpieczeństwo, obracając się wśród groźnej szajki przestępców, która włada dużą częścią miasta. Zupełnie niespodziewanie, zostaje świadkiem morderstwa dokonanego przez jej kochanka, głównego gangstera, który zatrudniając Deloris w klubie nocnym, trzyma nad nią całkowitą kontrolę. Deloris Van Cartier,
bo tak właśnie nazywa się gwiazda tego spektaklu, bez wahania udaje się na komisariat policji,
by znaleźć schronienie, z dala od prześladujących jej kryminalistów. Dzięki pomocy ze strony zaprzyjaźnionego funkcjonariusza policji, znajduje azyl w murach jednego z amerykańskich klasztorów.



Źródło ilustracji: www.teatr-muzyczny.poznan.pl/
Początkowo sceptycznie nastawiona do rygoru panującego w zakonie, z czasem odnajduje
w siostrach zrozumienie i prawdziwą przyjaźń. To właśnie w tym niepozornie cichym i skromnym miejscu, Deloris przeprowadza głośną rewolucję instrumentalną wśród zakonnic śpiewających
w tamtejszym chórze.

Źródło ilustracji: poznan.eska.pl
Fenomenalnie, w rolę ekscentrycznej barmanki wciela się Karolina Trębacz, Absolwentka Państwowego Studium Wokalno–Aktorskiego im. Danuty Baduszkowej w Gdyni. Prezentując show, ukazuje niezwykle wysoki poziom gry aktorskiej, jak i niesamowitego talentu muzycznego, równego produkcjom znanym na całym globie. Bardzo precyzyjnie zbudowała swoją postać, która przecho-
dząc przemianę z podrzędnej piosenkarki pubu staje się znaną gwiazdą, godną wielkich scen muzycznych. Na koncie ma udział w takich spektaklach jak: „ Sen nocy letniej” (trans-opera) reż. Wojciecha Kościelniaka, „Chicago” i „Dracula” –reż. Macieja Korwina czy Być Marylin, w którym osobiście zagrała ikonę światowego kina Marylin Monroe – reż. Bernarda Szyca. Za absolutnie brawurowe widowisko przygotowane w sposób budzący aplauz, odpowiada reżyser – Jacek Mikołajczyk, wybitny teatrolog i tłumacz zagranicznych produkcji. Dopracowaną w najdrobniejszych szczegółach choreografię oraz ruch sceniczny, publika zawdzięcza Ewelinie Adamskiej-Porczyk. Kierownik muzyczny to Piotr Deptuch, odpowiedzialny za fenomenalne wykonanie piosenek przez aktorów, które przetłumaczone na język polski zyskują jeszcze większej melodyjności i uroku, niż w oryginalnym przekładzie.

Źródło ilustracji: info.wyborcza.pl
Szczegółowo i starannie dobrany zespół stworzył trzygodzinny spektakl, nie pozwalający choćby
na najkrótszy moment nudy. Chwytliwe piosenki dźwięczą w uszach widzów, nawet po kilku godzinach od zakończenia widowiska. „Weź mnie do nieba” to utwór, najbardziej wpasowujący
się w klimat „Zakonnicy w przebraniu”. Wszystkie muzyczne hity, prezentują się olśniewająco
w polskiej wersji językowej autorstwa reżysera spektaklu. Zdecydowanie warto podkreślić, iż ta znakomita artystyczna praca, w której włożono niezliczone pokłady wysiłku i zaangażo-
wania, pierwszy raz zadebiutowała w 2009 roku w Londynie. Dwa lata później musical wystawiono
na Broadwayu. 


W tym roku siostry z muzycznego klasztoru pojawią się w Poznaniu, wykonując, aż kilkanaście spektaklów. Wszystkim czytelnikom gorąco polecam kupić bilety już dzisiaj i bez wahania wybrać się do Teatru Muzycznego, by poznać losy Deloris Van Cartier i poczuć klimat historii, z rodu kinowych amerykańskich bestsellerów.

Daria Sienkiewicz, 1A


poniedziałek, 26 czerwca 2017

O architekturze “mijanej” tramwajem, cz. 3



Zespół Szkół nr 5 - ul. Różana

W trzeciej odsłonie tej serii przyjrzymy się budynkowi znajdującemu się nieco na uboczu, ukrytym za parkiem Drwęskich i orlikiem, stojącemu na niewielkim wzniesieniu przy ul. Różanej.


Fot. Jakub Sójka

Zespół Szkół przy Różanej oddany do użytku został w 1915 roku, zaprojektowali go dwaj architekci - Hermann Herrenberg i Adolf Stahl. Na cały budynek, oprócz gmachu głównego składają się też sala gimnastyczna, domek woźnego i skrzydło niższe. Robiący monumentalne wrażenie kompleks odbudowano po zniszczeniach wojennych w 1946 roku.

Już sam plan szkoły jest nietypowy - gmach główny, na którym się skupię, nie jest idealnym prosto-
kątem, jest on lekko wygięty, co dobrze widać, gdy spojrzymy na dach budynku. Sprawia to, że pomimo wspomnianego ciężaru i monumentalności budynek nabiera dynamizmu, nie “odstrasza”.

Patrząc od dziedzińca od razu rzuca nam się w oczy duży, zaokrąglony ryzalit (wysunięta z fasady część budynku). W połączeniu z podcieniami (otwarte na zewnątrz, arkadkowe ganki), na których opiera się ciężar bryły, tworzą połączenie także mające na celu wizualne odciążenie całości kom-
pleksu. Są to 3 świetne przykłady tego, jak architekci, bawiąc się planem lub elementami archi-
tektonicznymi, osiągają zamierzone efekty. Jakkolwiek sam budynek nie należy do najpiękniejszych w Poznaniu, choćby z tego względu warto zwrócić na niego uwagę.






Źródło ilustracji: /pl.wikipedia.org
Spójrzmy teraz na ZS nr 5 od strony parku Drwęskich. Z tej strony jeszcze bardziej rzuca się w oczy wygięta bryła głównego gmachu. Wejście do szkoły umieszczone jest w małej loggii, która “przytula” się do ściany bocznej głównej części szkoły. To właśnie ściana boczna jest kolejnym z ciekawych elementów tej szkoły. Zakończona jest ona, utrzymanym w neorenesansowym stylu, szczytem, czyli po prostu ścianą między dwoma spadami dachu. Projektując szczyt, architekci inspirowali się rene-
sansowym, barokowym budownictwem niemieckim. Doskonałymi przykładami takich szczytów
są te z gdańskich kamienic, które projektowane były przez architektów niderlandzkich - warto wpisać
w wyszukiwarkę hasło: “kamienica Gdańsk” i zobaczyć jak wiele wspólnego mają te kamienice
ze szkołą na Wildzie. Oprócz tego ciekawe są też płaskorzeźby, które od czasu do czasu pojawiają
się na elewacji - ilustrują popularne europejskie bajki, jak Jaś i Małgosia, czy Czerwony Kapturek.

Zespół Szkół nr 5 na Różanej, mimo że stojący na uboczu i nieco przykadzony, to budynek bardzo interesujący, bo pokazujący jak kilka niewielkich “trików” architektonicznych jest w stanie nadać dynamizmu molochowi. Przy okazji koniecznie rzućcie na niego okiem!


Jakub Sójka, 2F


Jane Morris – Historia prerafaelickiej Prozerpiny


Prozerpina to starorzymska bogini zbiorów, utożsamiana ze znaną grecką Persefoną, córką Demeter. Związany z nimi jest mit, który opowiada o związaniu kobiety z bogiem zaświatów, Plutonem. Platon, trafiony strzałą Amora, ujrzał Prozerpinę i od razu zaczął jej pożądać. Jako władca świata zmarłych, zabrał ją właśnie tam. Matka Prozerpiny, Ceres – bogini plonów i Ziemi, w rozpaczy zaczęła szukać swojej córki. W swojej desperacji Ceres sprawiła, że uprawy ludzi i wszystkie rośliny zaczęły umierać. Zaniepokojony Jowisz, władca Kapitolu, rozkazał Plutonowi uwolnić zakładniczkę. Bóg zaświatów musiał posłuchać swojego brata, lecz udało mu się nakarmić Prozerpinę sześcioma nasionami granatu – posiłku zmarłych, po którego zjedzeniu nie można było już wrócić do świata żywych. Sprawiło to, że Prozerpina musiała spędzać sześć miesięcy każdego roku w domu swojego nowego męża, a sześć mogła spędzać z matką na Ziemi.

Prozerpina w sztuce przedstawiana jest jako bardzo smutna, ale piękna kobieta; często razem
z owocem granatu – owocem zmarłych, białą różą, latarnią. Symbolizuje kobietę smutną, może pokazywać nieszczęśliwe małżeństwo.


Dante Gabriele Rossetti „Prozerpina” – 1874
Powyższy obraz prowadzi nas do drugiej bohaterki tego wpisu – Jane Morris, muzy prerafaelitów. Obraz został namalowany w latach siedemdziesiątych dziewiętnastego wieku pod wpływem silnych uczuć Dantego Gabriela Rossettiego do Jane Morris, która w tamtym czasie była w związku małżeńskim z innym artystą, Williamem Morrisem.

Dzieło przedstawia piękną Jane z łagodnymi, czerwonymi wargami, dużymi oczami, krótko: jako prerafaelicki ideał piękna. Rossetti upodobnił Jane do rzymskiej bogini Prozerpiny, do symbolu nieszczęśliwych małżeństw. Od razu nasuwa się tutaj połączenie między sytuacją uczuciową malarza a antycznym mitem.

William Morris był najbliższym przyjacielem Rossettiego, co bardzo komplikowało sytuację między dwoma mężczyznami. Morris był świadom związku swojej żony z jego przyjacielem, którzy nawet nie chcieli bardzo się z tym kryć. Postanowił wykonać niespotykany ruch: sam zrezygnował i poz-
wolił swojej Prozerpinie uciec do innego mężczyzny.



Dante Gabriel Rossetti „Beata Beatrix” - 1870
Dante Gabriel Rossetti „Beatrycze, Portret Jane Morris” - 1879
Innym motywem, który pojawiał się w twórczości Rossettiego, była Beatrycze – bohaterka „Boskiej Komedii” Dantego. Malarz, który był Włochem i profesorem historii literatury włoskiej na jednym
z brytyjskich uniwersytetów, był jednym z pierwszych tłumaczy dzieł Dantego na język angielski. Beatrycze była kobietą, w której zakochany był Dante, a jako postać, niesie ona ze sobą niezwykłą symbolikę. W „Boskiej Komedii” Beatrycze była przewodniczką Wergiliusza. Jako rozświetlona postać, umiała prowadzić bohatera przez kolejne ciemne poziomy Wszechświata. Inspiracją dla Dantego była Beatrice Portinari – kobieta, którą widywał na ulicach Florencji. W swoich dziełach poeta opisywał ją bardzo często i dokładnie – była to jednak tylko jego wyobraźnia. Jego muza, kobieta, którą kochał całe życie, nie znała go. Dante i Beatrycze, mimo jej wielkiej roli, nigdy
nie poznali się. Florentczyk nazywał ją „La gloriosa donna della mia mente”, czyli „chwalebna pani mojego umysłu”.

Pierwszy z powyższych obrazów przedstawia żonę Rossettiego (Elizabeth Siddal), która zmarła
w 1862 roku, z którą pobrał się dopiero w 1860 roku. Dzięki wierszom, które pozostawił po sobie malarz i jego siostra, możemy poznać, jak bardzo ją kochał. Rossetti namalował swoją zmarłą żonę jako Beatrycze w, a jakże, symbolicznym celu. Była dla niego światłem, które rozświetlało jego życie. A jednak w ostatnich latach życia zaczęła chorować i wkrótce umarła, a przez całe życie bała się, że jej mąż zostawi ją dla jakiejś młodszej muzy. Odniesienie do dantejskiej Beatrice widać
od razu.

Wracając do Jane Morris, trzeba powiedzieć, że spędziła kilka lat z Rossettim po śmierci jego żony. Co jest dość ironiczne, malarz wkrótce zachorował na tę samą chorobę, na którą zmarła Elizabeth. Jane, nie mogąc tego znieść, zdecydowała się opuścić artystę w 1876 roku. Rossetti namalował swoją drugą Beatrycze w 1879 (drugi obraz), tym razem stawiając w jej roli Jane Morris. Kolejne światło jego życia, które go opuściło.

Zdjęcie Jane Morris – 1865

Rossetti zmarł wkrótce na tę samą chorobę, co Elizabeth. Po jego śmierci Jane związała
się z Wilfredem Scawenem Bluntem, poszukiwaczem przygód i byłym dyplomatą. Jej biografowie pisali, że nikt przed Bluntem nie czynił z niej szczęśliwszej kobiety.

Ten ostatni związek muzy prerafaelitów jest jednak niczym przy miłości Rossettiego do Jane, która przeżyła go o ponad trzydzieści lat. Wielu krytyków i historyków sztuki wypowiadało się, że nie było innego artysty, którego osobowość była tak skupiona na jego muzie. Teraz, ponad sto lat od tych wydarzeń, można powiedzieć, że im później badamy związek Rossettiego z Jane Morris, tym większą miłość odnajdujemy.


Sir Emery Walker – Zdjęcie Jane Morris - 1898

Już jako starsza kobieta, Jane była zapytana, czy kiedykolwiek kochała malarza. Odpowiedziała,
że tak, ale przestała go kochać, kiedy zaczął zażywać środki psychotropowe, które doprowadziły
do jego choroby. Niemniej jednak powiedziała, że był on zupełnie inny od innych mężczyzn.


Adam Wiktor, 2F


wtorek, 13 czerwca 2017

National Theatre Live





National Theatre Live to inicjatywa, która ma na celu ukazanie brytyjskiej kultury teatru widowni
z całego świata i to bez opuszczania własnego kraju. W miarę możliwości realizują swoje założenia, transmitując spektakle teatralne najwybitniejszych teatrów wysp brytyjskich (a właściwie angielskich).

Program realizuje się już od roku 2009, od transmisji „Fedry”, klasycystycznej tragedii Jeana Racine’a. W rolę główną wcieliła się Helen Mirren.



Do chwili obecnej widzowie mogli zobaczyć ponad 40 spektakli zarówno z Teatru Narodowego,
jak i innych, np. Teatr Almeida, The Globe i wiele więcej. Według statystyk przedstawienia obejrzało ok. 5,5 miliona osób w ok. 2000 kinach na całym świecie.


W Polsce transmisje możemy oglądać w Multikinie, a także w wybranych kinach studyjnych,
np. w Poznaniu możemy wybrać się do kina pałacowego. Więcej szczegółów można znaleźć
na tych stronach:

http://ntlive.nationaltheatre.org.uk/about-us
http://new.nazywowkinach.pl/nt-live
https://multikino.pl/wydarzenia/teatry/teatr

Sama obejrzałam kilka transmisji i retransmisji, ale postanowiłam wybrać jeden spektakl i napisać jego recenzję. Wybrałam przedstawienie pt. ,,Frankenstein”, czyli teatralną adaptację powieści Mary Shelley z 1818 roku. Za scenariusz odpowiedzialny jest Nick Dear, a reżyserią zajął się Danny Boyle znany z filmu ,,Steve Jobs” z Michaelem Fassbenderem w roli głównej.



,,Frankenstein” jakiego proponuje nam National Theatre to spektakularne widowisko, które potrafi zaskoczyć już na wstępie. Przedstawienie zostało zrealizowane w dwóch wersjach. W pierwszej
rolę monstrum odgrywa Benedict Cumeberbatch (,,Gra tajemnic”, serial ,,Sherlock”). W drugiej odsłonie spektaklu w postać monstrum wciela się Johnny Lee Miller (,,Mroczne cienie” serial ,,Elementary”). Zmiana tego kim są bohaterowie w poszczególnych odsłonach pozwala ocenić kunszt danego bohatera, jego podejście do roli i różnicę w ekspresji uczuć.

Każdy aktor jest inny, a Ci dwaj Panowie z pewnością nie uprawiają odtwórstwa. Każdy z nich musi balansować między postacią monstrum, a doktora Frankensteina, nie mogą zdradzić swojej drugiej osobowości. Takie podejście do tematu i aranżacja pozwalają na interpretację, jakoby to zarówno twórca jak i jego dzieło miały w sobie coś ,,potwornego”. Czy właśnie tak nie jest, bo kto ekspery-
mentuje z ciałem bez duszy i stara się stworzyć ,,żywą martwość” ?

Pokrótce omówię wersję z Benedictem Cumberbatchem w roli monstrum. Fabuła – mamy tu do czy-
nienia z klasyczną historią. Akcja zaczyna się w stolicy Szwajcarii – Genewie. Tam poznajemy naszego głównego bohatera, którym jest naukowiec-filozof Wiktor Frankenstein usiłujący rozwikłać zagadkę śmierci. Prowadzi wieloletnie badania i poszukiwania, których efektem jest odkrycie możli-
wości przywracania życia zmarłym, a wręcz stworzenie idealnego człowieka. Niestety, jego eksperyment nie idzie po jego myśli, kończy się tragicznie. Zamiast idealnego człowieka powstaje monstrum. Powstały potwór wprawdzie inteligentne i wykazujące ludzkie odruchy, jednak nie potrafi się odnaleźć w otaczającej go rzeczywistości.

Źródło ilustracji: bbc.co.uk

Barierą do współistnienia z normalnymi ludźmi jest jego wygląd – ludzie są przerażeni i uciekają
na jego widok. Stwór prześladuje swojego stwórcę i podąża za nim, licząc, że ten okaże mu miłość
i zrozumienie. Ponieważ mamy do czynienia z dramatem to i zakończenie nie jest szczęśliwe,
ale tego nie będę zdradzała.

Spektakl aktorsko zachwyca, bo tutaj nie grają tylko słowem, ale także gestem, mimiką i ruchem scenicznym, wręcz tanecznym. Wszyscy bohaterowie w sposób jasny (swą grą) wyrażają uczucia,
a te staja się łatwe do odczytania. Sam moment narodzin monstrum jest perełką całego przed-
stawienia, bo okazuje całą nieludzkość kreatury. Do tego należy dodać muzykę, która współgra,
a nawet spina wszystko w całość. Odzwierciedla nastrój każdej sceny i nadaje poszczególnej scenie odpowiedni klimat. Nie jestem jedyną osobą, która doceniła to widowisko, bo od roku 2011 jest ciągle powtarzane nie tylko w kinach, ale i na żywo w tetrach.

Żeby zachęcić do śledzenia wydarzeń związanych z NTL, zebrałam daty, dni, odnośniki i zwiastuny do poszczególnych przedstawień w jednym miejscu:


Kto się boi Wirginii Woolf ( w tytułowej roli Imelda Staunton)

-20.06.2017 (wtorek)
-12.10.2017 (czwartek)
-28.11.2017 (wtorek)

https://www.youtube.com/watch?v=CaExIzq9DsE
https://multikino.pl/wydarzenia/teatry/national-theatre- live-kto- sie-boi- wirginii-woolf

Opętani (Jude Law)

-22.06.2017 (czwartek)
-11.07.2017 (wtorek)
-5.10.2017 (czwartek)

https://www.youtube.com/watch?v=TylpAQ1k9Ew
https://multikino.pl/wydarzenia/teatry/national-theatre- live-opetanie- z-jude- em-law

Wieczór trzech króli

-27.06.2017 (wtorek)
-10.10.2017 (wtorek)
-6.01.2018 (sobota)


https://www.youtube.com/watch?v=c5xoRm8BGX0
https://multikino.pl/wydarzenia/teatry/national-theatre- live-wieczor- trzech-kroli

Antoniusz i Kleopatra

-6.07.2017 (czwartek)

https://www.youtube.com/watch?v=PowBArVscUY
https://multikino.pl/wydarzenia/teatry/royal-shakespeare- company-antoniusz- i-kleopatra

Hedda Gabler

-18.07.2017 (wtorek)

https://youtu.be/UjrgIxEJ6tU
https://multikino.pl/pl/wydarzenia/nt-live/national- theatre-live- hedda-gabler

Piotruś Pan

-23.07.2017 (niedziela)
-15.08.2017 (wtorek)
-12.09.2017 (wtorek)

https://www.youtube.com/watch?v=TEh7OWMaUnE
https://multikino.pl/wydarzenia/teatry/national-theatre- live-piotrus- pan

Salome

-27.07.2017 (czwartek)
-29.08.2017 (wtorek)
-31.10.2017 (wtorek)

https://www.youtube.com/watch?v=GI815cXcsJQ
https://multikino.pl/wydarzenia/teatry/national-theatre- live-salome

Rosencrantz i Guildenstern nie żyją (Daniel Radcliff; Joshua McGuire)

-1.08.2017 (wtorek)
-14.11.2017 (wtorek)

https://youtu.be/9EwS_JU8Eng
https://multikino.pl/wydarzenia/nt-live/national- theatre-live- rosencrantz-i-guildenstern-nie- zyja

Tytus Andronikus

-14.09.2017 (sobota)

https://multikino.pl/wydarzenia/teatry/royal-shakespeare- company-tytus- andronikus

Anioły w Ameryce (cz.1)

-21.09.2017 (czwartek)
-19.10.2017 (czwartek)
-9.11.2017 (czwartek)

https://multikino.pl/wydarzenia/teatry/national-theatre- live-anioly- w-ameryce- cz-1

Anioły w Ameryce (cz.2)

-26.09.2017 (wtorek)
-26.10.2017 (czwartek)
-16.11.2017 (czwartek)

https://multikino.pl/wydarzenia/teatry/national-theatre- live-anioly- w-ameryce- cz-2

Amadeusz

-28.09.2017 (czwartek)

https://youtu.be/oeuIYyGdu_I
https://multikino.pl/wydarzenia/nt-live/national- theatre-live- amadeusz

Yerma Lorki

-24.10.2017 (wtorek)
-21.11.2017 (wtorek)

https://multikino.pl/wydarzenia/teatry/national-theatre- live-yerma- lorki

Koriolan
-7.11.2017 (wtorek)

https://multikino.pl/wydarzenia/teatry/royal-shakespeare- company-koriolan


POLECAM!



Natasza Thiem, 1A

czwartek, 8 czerwca 2017

O architekturze “mijanej” tramwajem, cz. 2


Kościół p. w. Maryi Królowej, Rynek Wildecki


Kolejnym z ciekawych, poznańskich budynków jest były kościół ewangelicki, obecnie kościół
Maryi Królowej przy Rynku Wildeckim. Oddany został w 1907 roku, a zaprojektowany przez Oskara Hossfelda, autora m.in. zabudowy berlińskiej Museumsinsel (Wyspy Muzeów).






Kościół został zbudowany na planie prostokąta w neorenesansowym stylu. Fasada i elewacja budynku jest prosta w formie, nieprzesadzona. Od frontu i tylnej strony bryły dostrzegamy utrzymane w tym samym stylu szczyty, które wdzięcznie “spływają” aby połączyć się ze ścianami bocznymi kościoła. Hossfeld osiągnął ten efekt umieszczając tam tzw. spływy wolutowe. Samą wolutę znamy z konstrukcji kolumny - był to element wieńczący jej trzon, w kształcie spirali, lub zwijającego się rogu. To w renesansie właśnie powstała wariacja na jej temat, spływ wolutowy właśnie, który pozwolił na bardzo dekoracyjne i harmonijne spięcie górnej i dolnej części kondygnacji.

Od frontu wyrasta nam wysoka na 45 m., prostokątna wieża. Gdy przypomnimy sobie wygląd renesansowego, włoskiego kościoła, wiemy, że rzadko kiedy wieże się tam pojawiały, co najwyżej
w formie campanilli (dzwonnicy), umieszczonej tuż obok. Jest to zatem pierwszy element, który
wkrada nam się i zaburza “renesansowość” kościoła, przynajmniej tą typową, którą mamy przed oczami, myśląc o włoskim odrodzeniu. Takich ciekawostek jest jeszcze kilka - pierwszą z nich jest układ okien - występują parami, co przywodzi na myśl układ tzw. biforiów, bardzo popularnych w gotyku, oknach wsytępujących w parze. Niemalże typowe biforium dostrzegamy na wieży, tuż przy miejscu, w którym przechodzi ona w ośmiokąt. Ale to nie koniec gotyku! Do bocznych ścian kościoła “przytulają się” przypory, odstające, pionowe elementy, które wzmacniają konstrukcję, a które najbardziej charakterystyczne stały się właśnie w tych czasach. Oprócz tego w górnej części witrażowych okien, dostrzegamy tzw. rybi pęcherz - motyw dekoracyjny, który pojawia się, a jakże,
w stylu gotyckim!

Ostatnim ciekawym elementem zewnętrza kościoła jest jego portal - neomanierystyczny - zdobny
w wymyślne ornamenty, z maleńkimi, kompozytowymi pilastrami po bokach (porządek kompozytowy łączył ze sobą porządek joński i koryncki - liście akantu z wolutami).

Warto też wejść do środka - znajdują się tam bardzo ciekawe, a rzadko widziane empory - pamiątka po ewangelickiej przeszłości kościoła - balkoniki, na które mogli wchodzić wierni. Kościół przy Rynku Wildeckim to przykład budynku, który mimo prostej formy potrafi zaskoczyć. Zdecydowanie warto
się mu lepiej przyjrzeć!



Jakub Sójka, 2F
Zdjęcia: Marta Piotrowicz, 1F

wtorek, 6 czerwca 2017

O architekturze “mijanej” tramwajem - nowa seria artykułów o Poznaniu




                      
Wprowadzenie - słowem o tej serii

 

Architektura i urbanistyka miejska w obrębie której się poruszamy, w obrębie której żyjemy
z  biegiem czasu staje się dla nas niewidzialna. Jadąc tramwajem, autobusem patrzymy w dół,
gdy, często ponad naszymi głowami wznoszą się fantastyczne budynki, kamienice czy kościoły,
na które nie zwracamy uwagi. O tym właśnie będzie ta seria - o architekturze “mijanej” tramwajem, architekturze którą jest częścią naszej codziennej rzeczywistości, architekturze, którą mimo
jej niezaprzeczalnego piękna, wybieramy, nieświadomie, omijać.

W każdym wpisie przedstawię jeden interesujący poznański budynek, opiszę w jakiej epoce powstał, co ją charakteryzowało i co czyni go wyjątkowym, wartym uwagi. Wprowadzę również kilka pojęć
z dziedziny architektury, które warto znać :)



                                                     Kamienica Plac Wolności 4

 
Kamienicę w 1908 roku zaprojektował Hermann Röhde, oddana została w 1909 r. Do końca
II wojny światowej była budynkiem o charakterze mieszkalno-handlowym; w PRL-u funkcjonowały
tam delikatesy. Po generalnym remoncie w latach 1990-1992 znajduje się tam bank.

Kamienica zawiera w sobie zarówno cechy baroku i secesji. Neobarokowa jest jej forma - kamienica zdaje się “płynąć”, a to przez esujący gzyms, który “spływa” na dół, nadając lekkości całej fasadzie. Takie było zapewne zamierzenie architekta - przyciągnięcie uwagi patrzącego najpierw na górną część fasady, by potem jego wzrok płynnie przeniósł się ku masywniejszej, dolnej części kamienicy, co ją wizualnie odciąża. Drugim elementem konstrukcji fasady, nadającej jej “barokowości” jest zaokrąglone ryzalitowanie w górnej części kondygnacji, czyli wysunięcie jej do przodu. Płynnie spaja to kolumny, nadając kamienicy harmonię, jednocześnie dopełnia poczucie “płynności” budynku. Wszystko to sprawia, że kamienica przy placu Wolności 4 wyraźnie wyróżnia się spośród raczej modernistycznej zabudowy placu!

Druga epoka obecna w architekturze kamienicy to secesja. Obecna jest ona w ornamentyce. Bez wątpienia najciekawszym jej elementem są kapitele czyli zwieńczenia kolumn. Klasyczne kapitele zastąpiono płaskorzeźbami. Motywy antropomorficzne były w secesji bardzo popularne, co więcej płaskorzeźby odnoszą się do handlu (tkaninami), co sprawia że oprócz funkcji czysto dekoracyjnej, pokazywały patrzącemu co miało (do końca II wojny światowej) miejsce w środku. Kolejnymi ornamentami na budynku są te ponad kapitelami, z motywami roślinnymi i głowami ludzkimi - również, bardzo typowe dla secesji. W kartuszu, czyli ozdobnym obramowaniu, u szczytu fasady, znajduje się data zaprojektowania budynku. Poza tym między oknami w środkowej części budynku
i na balustradach umieszczone zostały proste ornamenty geometryczne - także bardzo popularne
w dobie secesji. 


Kamienica przy placu Wolności 4 zdecydowanie wyróżnia się wśród raczej modernistycznej zabudowy placu. Zdecydowanie warto zwrócić na nią uwagę, bo jest niezwykle oryginalna i piękna!

Jakub Sójka, 2F
Zdjęcia: Marta Piotrowicz, 1F
 


poniedziałek, 5 czerwca 2017

Haute Couture - moda = sztuka




Haute Couture - moda = sztuka


Czyli o co właściwie chodzi?


Zacznijmy od podstaw - Haute Couture z języka francuskiego oznacza wysokie krawiectwo,
to jest - forma mody szytej zazwyczaj ręcznie, na miarę, z wysokiej jakości materiałów - bardzo często postrzegana jako wyraz kunsztu projektanta i wyjątkowy popis jego wyobraźni. Stworzone kreacje są prawdziwymi dziełami sztuki, szyte specjalnie na pokazy mody lub zamówienie klienta.

Początki haute couture sięgają XVIII w., gdy francuska projektantka Rose Bertin otworzyła swój
dom mody w Paryżu, dzięki czemu została wprowadzona na dwór Marii Antoniny i zyskała tytuł Ministra Mody, tym samym zakorzeniając modę we francuskiej kulturze. 


Za ojca haute couture uważa się jednak angielskiego projektanta, couturiera (wybitnego krawca) Charlesa Fredericka Wortha, działającego w Paryżu w XIX w., wspieranego przez cesarzową Eugenię - żonę Napoleona III. Jako pierwszy zaproponował oryginalne praktyki reklamowe, takie jak np. pokazy z udziałem modelek, a także pomysł z tworzeniem całych kolekcji. Worth połączył ze sobą szycie na miarę z bardziej ustandaryzowaną produkcją o większej skali - tworzył indywidualne projekty dla bogatych i znanych klientów (4 kolekcje w roku - klienci mogli wybierać wyłącznie spośród nich), a jednocześnie przygotowywał portfolio gotowych projektów do kupienia dla zwykłych ludzi.

 
Projekty domu mody House of Worth

Paryski rynek modowy stawał się olbrzymi i produkcja dóbr wzrastała, a dużo ludzi chciało zrobić majątek windując ceny produktów niskiej jakości. W związku z tym, syn Wortha, Gaston Worth stworzył stowarzyszenie “Chambre syndicale de la couture francaise”, żeby chronić interesy couturierów. Stowarzyszenie działa do dzisiaj, a członkowie muszą spełniać wymagania:

- dom mody musi mieć zatrudnione co najmniej 25 osób,
- kolekcje są prezentowane dwa razy w roku w Paryżu,
- trzeba pokazać minimum 35 modeli, wszystkie unikatowe,
- projekty muszą być z najlepszych i ekskluzywnych materiałów, ręcznie szyte.

Charles Worth przetarł szlaki dla równie wybitnych projektantów, takich jak np. Madeleine Vionnet, Jeanne Lanvin, Coco Chanel, Christiana Diora, Christobala Balenciagi czy Elsy Schiaparelli.

Projekt haute couture Christiana Diora

Obecnie haute couture różni się od czasów opisanych powyżej. Według serwisu tematmoda.pl, "w szczycie swojej świetności przy tworzeniu kreacji na pokazy pracowało ponad 46.000 ludzi,
a samych domów mody było ponad 1000. Dziś wysokie krawiectwo prezentuje zaledwie 16 firm
i zatrudniają one w tym celu około 4500 ludzi." Dzisiejsze haute couture wiąże się także z wysokimi cenami prezentowanych kreacji - tylko bogate klientki z wyższych sfer są w stanie pozwolić sobie
na ich zakup.


Głównym celem haute couture jest jednak prezentowanie mody jako sztuki oraz podkreślenie prestiżu domów mody, które zajmują się wysokim krawiectwem. Projektanci pragną tworzyć dzieła jedyne w swoim rodzaju, zapierające dech w piersi. Zakup Haute Couture to zakup kawałka historii o niesamowitej wartości. Kostium zaprojektowany osobiście przez Coco Chanel albo powojenna sukienka od Christian’a Dior’a mogą być warte więcej niż niejeden obraz znanego malarza. Moim zdaniem, niewielu potrafiłoby odmówić przyjęcia takiego dzieła.


Projekty haute couture, od lewej: Ulyana Sergeenko, Ralph&Russo, Versace

Haute Couture pozwala nam podziwiać modę w jej najbardziej mistrzowskiej formie,
a tworzone dzięki wysokiemu krawiectwu kreacje to prawdziwe dzieła sztuki.

Maja Szklarska, 1F


sobota, 3 czerwca 2017

AZULEJO – krótka historia portugalskiej ceramiki


Gdy spojrzymy na zdjęcia portugalskich budynków (lub będziemy mieli takie szczęście, by sami
w Portugalii się znaleźć), nie trudno będzie nam spostrzec piękne plastycznie dzieła, stworzone
z małych, cienkich ceramicznych płytek – azulejo (czyt. azuleżo). Zastanowić się można – co jest takiego niesamowitego w płytkach? Przyznać trzeba, że naprawdę dużo.

A Estação de Sao Bento w Porto (1916) wraz z pięknymi azulejo na ścianach.
Źródło ilustracji: Pinterest

Słowo azulejo pochodzi z arabskiego terminu azzelij, które oznacza mały, wypolerowany kamyk używany do tworzenia bizantyjskich mozaik z Bliskiego Wschodu. W języku portugalskim jego etymologia jest często mylona ze słowem azul, które oznacza kolor niebieski. Jednakże prawdziwym źródłem tego terminu jest język arabski.

Azulejo to element ceramiczny, o cienkiej grubości, głównie kwadratowy, o wymiarach 15cm x 15cm. Jedna z jego stron jest oszklona w wyniku wypalania w wysokich temperaturach. Dzięki temu płytki te zyskują dużą wytrzymałość na wilgoć oraz połysk.

Element dekoracyjny złożony z kwadratowych azulejo. Źródło ilustracji: http://www.retromoderna.pl
Kultura tworzenia mozaik dostała się do Półwyspu Iberyjskiego przez Maurów, którzy przez kilkaset lat panowali nad terenem współczesnej Hiszpanii i Portugalii (azulejo występuje również w Hiszpanii, choć w mniejszym stopniu). Ten sposób ozdabiania budynków był ściśle związany z kulturą Islamu, wedle której zakazane jest przedstawianie jest istot żyjących. Dzięki obecności Maurów na Półwys-
pie Iberyjskim, tworzenie azulejo rozpowszechniło się w obu krajach między XI a XVI wiekiem, szczególnie w Maladze, Walencji, Talavera de la Reina i w Sewilli.

Azulejo stało się szczególnie popularne w Portugalii, skąd rozpowszechniło się do ówczesnych kolonii portugalskich w Afryce, Indii oraz w Brazylii. Odtąd azulejo stało się synonimem tradycyjnej sztuki portugalskiej.

A Padeira de Aljubarrota. Źródło ilustracji: https://mondomoda.com.br

Azulejo dotarło do Portugalii z Hiszpanii dzięki królowi Manuelowi I Szczęśliwemu w 1498 roku, który szybko zarządził korzystanie z azulejo do dekorowania budynków. Jednym z najbardziej znanych
i najwcześniejszych przykładów portugalskiej sztuki azulejo jest Pałac Narodowy w Sintrze (Palácio Nacional de Sintra). Dzięki odkryciom geograficznym Portugalczyków (XV wiek), kultura azulejo rozpowszechniła się na całym świecie.

Pałac Narodowy w Sintrze. Źródło ilustracji: https://www.vagabondo.net
W epoce renesansu azulejo stało się bardzo popularne wśród kleru, który widział w nim sposób
na tanie i wydajne pokrywanie dużych powierzchni ścian kościołów. Od epoki baroku w Portugalii rozpoczęła się produkcja masowa azulejo, która tworzona była do pokrywania wielkich powierzchni kafelkami o powtarzalnych wzorach.

Do końca XVII wieku, importowano do Portugalii jeszcze płytki, ale w latach 1687-1698 całkowicie zakazano importu, co wzmocniło pozycję państwa na międzynarodowym rynku azulejo. Wiek XVIII przyniósł większe zapotrzebowanie na płytki (między innymi przez duże ilości zamawiane przez Brazylię), co sprawiło, że ich produkcja znacznie wzrosła. Były one wykonywane w sposób barokowy – bardzo dekoracyjne i bardzo zdobione. Kościoły były praktycznie w całości pokryte azulejo –
od sufitów, sklepień, przez ściany, do podłóg.


A Capela das Almas w Porto. Źródło ilustracji: https://commons.wikimedia.org
Jak wiadomo, wiek XVIII był okresem rozprzestrzenienia się w Europie francuskiego rokoka, które pojawiło się również w azulejo. Zaczęto tworzyć kompozycje z płytek o bardzo bogatych zdobie-
niach, które idealnie wyrażały nastroje osiemnastowiecznej Europy.

Pałac w Queluz. Źródło ilustracji: http://www.wikiwand.com

Na Portugalię w 1755 roku spadło niespodziewane trzęsienie ziemi, które spowodowało konieczność odbudowy wielu miast, co doprowadziło do powrotu do produkcji tańszych i mniej ozdobnych płytek azulejo. Kafelki tamtego okresu były bardziej klasycystyczne, mniej dekoracyjne niż poprzednie, rokokowe.

Wiek XIX przyniósł wielkie zmiany w produkcji azulejo. Brazylijczycy zaczęli produkować własny rodzaj płytek, który wkrótce później dotarł do Europy i znacząco wpłynął na styl azulejo w Portugalii
i Europie.

Azulejo od początku istnienia było wyrazem panujących w Europie stylów artystycznych. Stało
się tak również w wieku XX (secesja, art déco, sztuka współczesna).

Adam Wiktor, 2F

Azulejo autorstwa Marii Keil – stacja metra Intendente w Lizbonie. Źródło ilustracji: https://commons.wikimedia.org