Fotel
obity czerwonym materiałem jest zbyt miękki. Powietrze w przedziale zaczyna
mnie dusić, a półki z bagażami wiszą zbyt nisko, ostentacyjnie przypominając
mi, że w każdej chwili mogłyby spaść na moją głowę i przejąć kontrolę nad moim
życiem. Uderzy mnie pudło na kapelusze kobiety ubranej w czerwoną sukienkę
siedzącej obok mnie i nic mi się nie stanie? Czy może trafi we mnie maszyna do
pisania mężczyzny z czarnym wąsem, o którego istnieniu nie daje mi zapomnieć,
cały czas zakręcając sobie wokół palca jego prawy koniec? Mam cichą nadzieję,
że będzie to karton po butach z kolekcją komiksów chłopca siedzącego
naprzeciwko mnie, który patrzy z fascynacją za okno, ssąc truskawkowego lizaka.
To śmierć, z której byłbym zadowolony.
W
przedziale oprócz mnie i wymienionych wyżej osób znajduje się też młoda
kobieta. Siedzi przy wejściu, czytając książkę i roztaczając wokół siebie aurę
tajemnicy, której chciałbym się pozbyć. Jej kruczoczarne włosy nie pozwalają mi
nie podejrzewać jej o bycie córką mężczyzny z wąsem, który choć w średnim
wieku, nadal był dumnym właścicielem żywo zabarwionych włosów (o ile czarny
można nazwać żywym kolorem).
Nie
widzę jej twarzy, ponieważ postanowiła zostać w kapeluszu z ogromnym rondem,
mimo wysokiej temperatury, powstałej na skutek kumulacji tylu ludzi w jednym
przedziale, ale mam prawo podejrzewać, że jest porcelanowo biała, jak jej
delikatne dłonie, na które, jak muszę się przyznać, patrzyłem odrobinę zbyt
długo.
Staram
się nawiązać kontakt wzrokowy, już po raz któryś dzisiejszego wieczoru, ale
chociaż wiem, że zdaje sobie sprawę z tego, że jest obserwowana, ignoruje mnie.
Nie rezygnuję jednak, ustanawiając sobie za cel zwrócenie jej uwagi na siebie
podczas tej długiej podróży.
Mężczyzna
Z Wąsem odkłada gazetę, która w spotkaniu z jego kolanami wydaje głośny dźwięk,
i spogląda na mnie, marszcząc brwi. W jego oczach widzę wyraźną wiadomość o
treści „Może zechciałbyś odwrócić wzrok, synu?”, ale ja cały czas przyglądam
się kobiecie. Siedzi wyprostowana, z głową uniesioną wysoko. Jej broda rzuca
cień na długą szyję, a ja podziwiam jak drga, kiedy nieznajoma przełyka ślinę.
Zaskakuje
mnie nagły ból w nodze. Odwracam wzrok od kobiety i kieruję go na ośmiolatka
siedzącego naprzeciw mnie, koło okna. Unoszę brwi, czekając na wyjaśnienie.
Ubrany w sweter w paski chłopiec wskazuje tylko głową na przewijający się krajobraz.
Między ustami cały czas ma lizaka, a w dłoni trzyma opakowanie po nim, którym
szeleści, wyraźnie starając się zezłościć panią w czerwonej sukni, która co
jakiś czas rzuca mu ponure spojrzenie.
Zapominając
na chwilę o tajemniczej nieznajomej, spoglądam za okno, jak nakazał mi chłopiec.
Na początku uważam, że to tylko głupi żart, ale zdaję sobie sprawę z tego, że
nim nie był, kiedy je zauważam.
Chmury
koloru słabej herbaty na niebie w odcieniu żółtego, jaki widziałem na stronach
książki Czerwonej Kobiety. Słońce przywodzi mi na myśl pomarańczowe lody, które
jadłem na wakacjach we Francji, mając osiem lat. Byłem przeziębiony, ale udało
mi się namówić matkę na jedną gałkę, która wyjątkowo zapadła mi w pamięci.
Nie
wiem, jak długo patrzyłem przez okno tęsknym wzrokiem, marząc, żeby móc już
znajdować się u celu podróży zamiast w dusznym pociągu, ale słońce zdążyło już
zajść, a ja czekałem na gwiazdy, niecierpliwiąc się niczym dziecko w dzień
Bożego Narodzenia, myślące tylko o otwieraniu prezentów.
Już
wcześniej starałem się wpuścić do przedziału trochę świeżego, zimowego
powietrza, ale spojrzenie, jakie posyłała mi kobieta siedząca obok mnie
sprawiło, że szybko zmieniałem zdanie. Skwitowała ten krótki epizod naszej
podróży uniesieniem kącika ust nieznacznie i zbyt głośnym przewróceniem kartki
swojej książki.
Nie
mając co robić, próbowałem już dowiedzieć się, co czyta, ale za każdym razem
moje starania kończyły się niepowodzeniem. Kiedy zauważyłem, że kobieta, którą
postanowiłem nazywać Anastazją (jej krwistoczerwona suknia i usta o tym samym
odcieniu w połączeniu z futrem wyglądającym na drogie skojarzyły mi się
natychmiast z Rosją, a to moje ulubione imię tego pochodzenia), naumyślnie
siedzi do mnie bokiem, abym nie widział co czyta, postanowiłem zapytać się o
to, co od kilkunastu minut chodziło mi po głowie. Zignorowała mnie, a nikt z
podróżujących nie zaszczycił mnie nawet przelotnym spojrzeniem.
Odwracam
w końcu wzrok od okna, od razu kierując go na miejsce obok wąsatego pana,
któremu w głowie nadaję imię George (przypomina mi niesamowicie pana Darling, a
jeśli ktokolwiek ma być osobą to oceniającą, jestem to być ja – ten, który w
dzieciństwie przeczytał i obejrzał „Piotrusia Pana” ponad dwadzieścia razy) i z
przykrością stwierdzam, że nieznajoma, którą decyduję się nazwać Wendy,
zniknęła.
Wątpię,
by słowa potrafiły opisać zawód, jaki poczułem, ale nie byłbym dziennikarzem,
gdybym nie spróbował.
Moje
oczy otworzyły się szerzej, a usta rozchyliły, starając się wypowiedzieć
pytanie, którego bałem się zadać. Dokąd
poszła?
Poczułem
się ponownie jak uczeń liceum. To był wyjątkowo chłodny zimowy dzień. Nazwałbym
go pięknym, aby zabrzmiało to typowo, ale nie jest to przymiotnik, który mógłby
mi przejść przez usta, mając na myśli tę datę.
Dłonie
odziane w grube, wełniane rękawiczki zaciskałem wokół bukietu róż, starając się
ich nie upuścić, a mój oddech zamieniał się w białą, jak kartka papieru parę
wodną. Mój najlepszy przyjaciel dzień wcześniej powiedział mi, że dziewczyna,
którą darzyłem wyjątkowym uczuciem je odwzajemniała. Radość, jaką poczułem w tamtym
momencie była większa, niż kiedy spotkałem mojego ulubionego autora powieści,
chociaż teraz z całą pewnością zaliczam to drugie zdarzenie do tych dobrych
wspomnień.
Nie
musiałem długo zbierać się na odwagę, jako że byłem pewnym siebie młodzieńcem.
Następnego dnia pobiegłem do kwiaciarni i wydałem sporą część swoich
oszczędności na bukiet róż. Biegnąc do szkoły, gdyż zajęcia Rose kończyły się
za pięć minut, uśmiechałem się szeroko do każdego, a starszej pani, która szła
samotnie przez ulice naszego miasta, podarowałem jedną z róży.
Gdy
dotarłem na miejsce, nie mogło mnie spotkać większe rozczarowanie. Owszem, była
tam, ale wymieniając pocałunek z Simonem, moim najlepszym przyjacielem.
W
tamtym momencie poczułem, jak moje serce rozpadało się na setki kawałków. Teraz
czuję, jak taśma, którą je skleiłem, boleśnie się poluzowuje.
****
Nie
mogę nie zauważyć uśmiechu, jaki pojawia się na twarzy George’a, ani wzroku Anastazji.
Również chłopiec ssie lizaka z wyrazem, który mnie wydaje się wyśmiewający.
Po
raz pierwszy w moim umyśle zakwita pomysł, że cała ta grupa może być rodziną. Tym
samym, dziecko naprzeciwko mnie zostaje ochrzczone imieniem Michael. Pozostaje
jedynie pytanie: gdzie jest John Darling?
Stukam
palcami w nogi przez kilka minut, decydując, że wstanie i wyjście od razu po
Wendy będzie podejrzane i niegrzeczne. W tym czasie zastanawiam się, co tak
naprawdę mam zamiar zrobić. Odnaleźć ją i zapytać o imię? Zaprosić na kawę?
Wyznać, że pomimo faktu, iż zobaczyłem ją po raz pierwszy godzinę temu i nawet
jej nie znam, zakochałem się w idei kobiety, którą mogłaby być?
Decyduję,
że żaden z tych pomysłów nie jest odpowiedni.
Kiedy
zauważam księżyc za oknem, stwierdzam, że odczekałem wystarczająco długo. Cały
czas z głową w chmurach, rozmyślając o ciemnowłosej
dziewczynie, wstaję i kieruję się do wyjścia, przepraszając po drodze rodzinę
Darling.
Zdecydowanie
nie doceniłem tego, jak wysoki jestem. Uderzyłem głową o framugę drzwi i
zatoczyłem się lekko do tyłu.
Pierwszy
zareagował Michael, który zachichotał. Anastazja posłała mu spojrzenie, które
od razu ustawiło go do pionu, chociaż nie na długo, bo widząc, że matka chowa
uśmiech za wachlarzem, sam uniósł wysoko kąciki ust, patrząc na mnie
wyzywająco. George prychnął z pogardą, bo najwyraźniej był ponad śmianiem się z
przypadkowych osób spotkanych w pociągu.
Ignoruję
ich i jednym stanowczym ruchem otwieram drzwi, po czym zatrzaskuję je, nie
przejmując się tym, że mogłem przeszkodzić Anastazji w czytaniu. Od pół godziny
była na tej samej stronie, najwyraźniej lektura nie jest zbyt interesująca.
****
Korytarz
jest wąski na około trzy stopy. Może cztery. Wyłożony jest dywanem, który w tym
świetle wygląda na tak ciemny, jak krew. (A jeśli chodzi o jej odcień, to
zapamiętałem go sobie bardzo dobrze. Któregoś dnia w gazecie zostałem wysłany
do pracy w terenie. We wsi niedaleko naszego miasta pewien mężczyzna padł
ofiarą mordercy. Krew była wszędzie. Na jego ubraniach, na ziemi, a najwięcej
znajdowało się w okolicy rozciętej szyi i ust. Umarł, uśmiechając się.)
Kilka
metrów od ciebie znajduje się pierwsze światło. Kolejne wiszą na ścianach w
równej odległości. Nie możesz powiedzieć, żeby był to dobry wybór pod względem
praktyczności. Zza ciemnożółtych kloszów na korytarz dociera zdecydowanie mało
światła, a rozstęp pomiędzy kolejnymi lampami jest zbyt duży. Musisz jednak
przyznać, że kreują cudowną atmosferę. Przechodząc korytarzami tego pociągu o
godzinach nocnych, czujesz się jak we śnie. Spowijają cię ciepłe odcienie żółci
i czerwieni, które minimalnie kojarzą ci się z Bożym Narodzeniem. Idąc,
zanurzasz stopy w gęstym dywanie, czujesz, jak się zapadasz.
Po
prawej widzisz przedziały, jeden za drugim ciągną się w nieskończoność. Czasem
okna zasłonięte są ciemnym materiałem i nie masz pojęcia, kto znajduje się w
środku. Innym razem, masz wszystko jak na dłoni, gdyż podróżujący zdecydowali
się nie chować przed innymi.
W
nozdrzach czujesz słodki zapach kolacji gotowanej w innym wagonie. Docierają do
ciebie również dźwięki muzyki. Co bogatsi podróżujący zamówili grupy muzyczne,
które umilały im długą drogę. Możesz usiąść na jednym z wysuwanych ze ściany
siedzeń, ale wolisz powoli posuwać się na dywanie, patrząc przez okno na liczne
gwiazdy błyszczące na czarnym nocnym niebie.
****
Od
zapachu kręci mi się odrobinę w głowie. Przed oczami widzę jasne plamki, a
wcale nie wyglądam przez okno. Robi mi się gorąco, mimo, że jest otwarte.
Opieram się o ścianę i biorę kilka głębokich oddechów. Uspokoiwszy się, idę w
dół korytarza, ciągnąc dłoń po ścianie, pamiętając jak, będąc chłopcem
wykonywałem podobny gest, patykiem wodząc po płocie.
Pierwszy
przedział na prawo od mojego ma zasłonięte okna. Zbieram się na odwagę i pukam
w szybę, ale nie dostaję odpowiedzi. Jedyne co udaje mi się usłyszeć, to cichy
dźwięk miauczenia.
Wzruszam
lekko ramionami i nie myśląc o ponownym zapukaniu, przechodzę do drugiego
przedziału, w którym znajduje się sześć kobiet. Przez umysł przechodzi mi myśl,
że podziwiam je za to, że potrafią wszystkie razem siedzieć w tak niewielkim
pomieszczeniu bez otwartego okna. Każda leży idealnie nieruchomo. Przyglądam
się blondynce, która głowę oparła o szybę. Ma na sobie zieloną bluzkę i czarne
spodnie, a na jej nadgarstku widzę spory zegarek. Zauważam, jak jej klatka
piersiowa powoli się unosi. Uśmiecham się lekko, gdyż kobiety przypominają mi
przyjaciółki mojej siostry, które zawsze opowiadały, jak to nie mają zamiaru iść
spać którejś nocy, a rano razem z mamą znajdowaliśmy je w podobnych pozycjach,
smacznie śpiące.
Mam
zamiar przyjrzeć się kolejnym kobietom, aby sprawdzić, czy któraś z nich nie
jest tą, którą szukam, gdy dezorientuje mnie głośny dźwięk. Kojarzy mi się z
tym, który wydaje tłuczony talerz. W dzieciństwie słyszałem go bardzo często i
to nie zawsze przez mojego młodszego brata.
Unoszę
szybko głowę i rozglądam się. Przybiegam do miejsca, z którego dobiegł moich
uszu dźwięk i staję przed właściwym przedziałem. Widzę głowy pasażerów, którzy
postanowili opuścić swoje wygodne miejsca i sprawdzić co się stało. A mówiąc
„sprawdzić”, mam na myśli siać panikę. Długo nie zajęło, żeby na korytarzu
zaczęło się robić tłoczno. Wszyscy przesuwają się w moją stronę, zmuszając mnie
do stanięcia na palcach w celu wzięcia oddechu świeżego powietrza.
-
Na co pan czeka? – pospieszają.
-
Niechże pan wejdzie do środka! – polecają.
Ulegam
ich prośbom, a raczej grzecznie sformułowanym rozkazom, i otwieram drzwi od
przedziału. Od razu zasłaniam usta dłonią i widzę, jak kilka osób dookoła mnie,
które w tej kłótni o jak najlepsze miejsca wygrały, powtarzają mój gest.
Staram
się odwrócić wzrok, ale nie potrafię. Jest bledsza niż wcześniej, a jej czarne
włosy opadają na jej ramiona w sposób, który przypomina mi rzekę w moim
rodzinnym miasteczku. Był przy niej niewielki uskok, który nazywaliśmy
wodospadem, dopóki nie pojechaliśmy na klasową wycieczkę, żeby zobaczyć
prawdziwy.
Na
jej twarzy zastygł wyraz przerażenia, a usta zostały otwarte, gotowe do krzyku.
Jej ręka opadła na brzuch, z dłonią wywróconą wnętrzem do góry. Obok niej, na
podłodze leżała szklanka, która musiała być źródłem głośnego dźwięku, i kilka rzeczy
osobistych, które dziewczyna musiała strącić ze stolika przy oknie.
-
Proszę się odsunąć! – zarządzam, ochłonąwszy odrobinę. Pasażerowie ubrani w
kosztowne futra szybko robią, jak powiedziałem. Kobiety owijają się szczelniej sweterkami
i spuszczają głowy, a mężczyźni rozluźniają krawaty albo zakręcają ze
zdenerwowaniem końce wąsów na swoich palcach.
-
Niech zawoła pan konduktora! – rozkazuję mężczyźnie z przodu, który zdaje się
zachowywać w miarę normalnie i nie panikować. Kiwa głową na znak, że zrozumiał
i zaczyna przepychać się przez tłum. Prawdopodobnie powinienem był wybrać tego
szczupłego pana po lewej.
Słyszę
coraz głośniejsze szepty i przerażone wykrzyknienia. Wchodzę do przedziału i
otwarłszy okno, kucam obok dziewczyny i odgarniam z jej twarzy kosmyk włosów.
Czyżby tak śpieszno było ci do
Nibylandii, Wendy?
****
Minęło
może dziesięć minut do czasu, kiedy reszta rodziny Darling trafiła do
przedziału, przepychając się z płaczem przez tłum. Anastazja porzuciła gdzieś
po drodze swoje futro na uciechę małej dziewczynki, która podróżowała na
siedzeniach na korytarzu.
-
Moje dziecko! – krzyczy z płaczem Ana, rzucając się na kolana obok córki.
Michael upuszcza swojego lizaka, widząc ciało siostry. Jego oczy zaczynają się błyszczeć
i szybko zaczyna płakać, przytulając się do nogawki spodni ojca, który pustym
wzrokiem wpatruje się w porcelanową twarz dziewczyny.
Wagon
zaczyna nagle gwałtownie hamować i wszyscy tracą równowagę, przewracając się w
przód. Opadam na jedno z siedzeń w przedziale i czekam, aż wszystko się
uspokoi. Nagle światła zaczynają migotać. Ludzie zaczynają znowu panikować. Na
kilkadziesiąt sekund zapada kompletna ciemność, a z nią cisza, którą po minucie
przerywa kobiecy wrzask.
Elektryczność
zostaje przywrócona, przynosząc ze sobą kolejne krzyki i przerażone głosy,
które tym razem nie należą jedynie do kobiet.
Wybiegam
z przedziału i idę drogą, którą stworzyli dla mnie nieliczni pasażerowie,
przyciskając swoje drżące ciała do ścian i okien.
-
Niechże ktoś zawoła konduktora! – krzyczę, patrząc na leżące na dywanie drobne
ciało kobiety ubranej w czarny kombinezon.
Wcale
nie cieszę się z faktu, że miałem rację mówiąc, że dywan jest czerwony niczym
krew.
****
Wszyscy
zostali odesłani do swoich przedziałów i rozkazano im, aby zamknęli się w nich
od środka. Nikt się ze mną nie spierał. Ustalono wzór, który będę wystukiwał,
aby mi otworzono drzwi i wszyscy się rozeszli.
Patrzę
na mężów przytulających żony, chociaż widziałem, że sami mieli ochotę utonąć w
uścisku od matki. Samotnie podróżujące damy wracają grupkami na swoje miejsca i
widząc właśnie grupę młodych kobiet, przypominam sobie o tych, które widziałem
śpiące, zanim podróż przybrała zupełnie inny obrót niż myślałem.
Miałem
właśnie wyjść i zrobić obchód, sprawdzając, czy wszyscy się pozamykali, kiedy
ponownie utraciliśmy elektryczność. Po pociągu rozeszły się ciche westchnięcia.
Po omacku znajduję świeczkę i zapałki i wyruszam, wiedząc, co znajdę.
Jeszcze
nigdy w życiu nie marzyłem tak bardzo o tym, żeby się mylić.
****
Rozsuwam
drzwi i klepię w policzki blondynkę, która wcześniej najbardziej przykuła moją
uwagę. Kiedy nie przynosi to żadnego efektu, przykładam ucho do jej ust i
sprawdzam jej oddech, którego nie słyszę. Następnie powtarzam wszystko u
innych.
Teraz
już nie tylko wyjątkowa uroda jest tym, co łączy wszystkie dziewczęta.
****
Idę
przed siebie korytarzem, czując na dłoni ciepło świeczki. Syczę i przeklinam
pod nosem, kiedy kropla wosku dotyka mojej skóry. Udaje mi się nie upuścić
przedmiotu, który sprawił mi ból i poruszam się dalej. Stawiam ostrożnie krok
za krokiem, bojąc się, że wejdę w kałużę krwi. Znalazło się dwóch chętnych,
którzy pomogli mi przenieść ciało, ale śladów po zdarzeniu nikt nie odważył się
posprzątać.
Ktoś
pozamykał wszystkie okna i w pociągu zaczyna cuchnąć. Staram się je otworzyć,
ale zatrzasnęły się. Głos dziennikarza w mojej głowie, który staram się
uciszyć, podpowiada mi, że nie jest to przypadkiem. Ktoś zamknął nas w tej
ogromnej metalowej puszce.
****
Słyszę
trzask i zduszony krzyk w jednym z przedziałów.
Natychmiast
prostuję się, moje oczy otwierają się szerzej i obracam głowę w stronę dźwięku.
W duchu powtarzam swoją małą mantrę, której używam wyjątkowo często w czasie
tej podróży. Błagam, niech nikomu się nic
nie stanie. Proszę, proszę, proszę…
Zauważam
cień mężczyzny z przedmiotem w ręce, który w mojej wyobraźni już przybiera
kształt siekiery, choć nie mogę być tego pewien z tej odległości.
Decyduję
się na samolubny ruch, chowając się w najbliższym wolnym przedziale, który
okazuje się być tym z Wendy, zamiast pobiec w stronę tajemniczego mężczyzny i
dowiedzieć się, co robi. Mimo, że państwo Darling otworzyli okno i posadzili
córkę na fotelu, a jej twarz zasłonili chustką, to miejsce wygląda równie
przerażająco, co wtedy.
Wiele
kosztuje mnie niepatrzenie na Wendy. Te miesiące niepalenia papierosów w ramach
treningu silnej woli przydają się teraz na nic. Nie potrafię zatrzymać pytań,
które krążą mi po głowie. Czy mogłem temu
zapobiec? Czy wszystkich spotka ten sam los? Czy gdybym nie patrzył przez okno,
gdy Michael mnie kopnął, Wendy by żyła?
Siadam
naprzeciwko niej, przy oknie, gdyż jest to najbardziej oddalona od drzwi część
przedziału. Biorę najdłuższy kawałek potłuczonej szklanki, które Anastazja
zawinęła w inną chustkę i położyła obok córki, i gaszę świeczkę.
Mój
oddech jest płytki, szybki, a moje serce bije tak szybko, jak wtedy, gdy z
pokaleczonymi od kolców róży dłońmi biegłem do domu po tym, jak zobaczyłem Rose
z Davidem.
Spoglądam
na Wendy, i szepczę: - Siedź cicho.
****
Kulę
się na fotelu, ponownie czując się jak mały chłopiec, który w nocy z płaczem
biegnie do mamy, bo wierzy, że pod jego łóżkiem żyją potwory. Dłońmi staram się
zagłuszyć coraz głośniejsze dźwięki, zasłaniając nimi uszy.
Zaczęło
się od krzyku. Stłumiony, krótki i przerażony. Potem doszło do moich uszu
pukanie. Musiał usłyszeć nasz wzór, bo nie było tym razem dźwięku tłuczonego
szkła, jak w późniejszych przypadkach. Był stosunkowo daleko ode mnie, ale
wszystko słyszałem idealnie.
Tłuczone
szkło, krzyki, błagania o litość, cisza i znowu wszystko od początku. Dźwięki tak
idealnie sugestywne, że nie ma możliwości ucieczki od wizualizacji, jakie
kreują. Idealny soundtrack, do którego swoją wyobraźnią trzeba dodać obraz.
****
Kiedy
słyszę tłuczone szkło na odległości, jak oszacowałem, dwóch przedziałów od
mojego, zaczynam panikować. Jeśli możliwe było, żeby moje serce zaczęło bić
szybciej, niż robiło to do tej pory, na pewno zaczęło.
Rozglądam
się zdesperowany do znalezienia miejsca na ukrycie się. Nie mam możliwości
wyjścia z przedziału. Gdybym to zrobił, zobaczyłby mnie i prawdopodobnie
sprawił, że krzyknąłbym, a następnie zapadłaby cisza. Nawet, gdyby znajdował
się wtedy w innym przedziale, nie znalazłbym miejsca do schowania się na
prostym korytarzu, byłbym w pułapce.
Dlatego
teraz z taką desperacją wymyślam najbardziej nierealne pomysły na schowanie
się. Być może te wszystkie wygrane gry w chowanego na coś się przydadzą.
Spoglądam
z nadzieją na półkę na bagaże, ale musiałbym zdjąć niektóre, co na pewno by
zauważył. Udawanie zmarłego też odpada – na pewno pamięta swoje ofiary.
Bóg,
którymkolwiek by był, musiał wysłuchać moich próśb, bo w tym samym momencie,
kiedy miałem wyjść i oddać się mordercy, zauważam, że fotel, na którym siedzę
otwiera się jak skrzynia. Nie ma jednak zamknięcia, więc nie jest to tak
oczywiste. Z szerokim uśmiechem, który może niebezpiecznie wahać się na granicy
radości, a szaleństwa, otwieram ją i wchodzę do środka.
Mam
niesamowite wyczucie czasu, bo kilkadziesiąt sekund po zamknięciu się w
skrzyni, słyszę jak otwierają się drzwi mojego przedziału.
Nie
ważę się zamknąć oczu, mimo, że niczego nie widzę. Boję się, że jeżeli to
zrobię, już nigdy ich nie otworzę. Ten sam strach sprawia, że nie szaleję.
Mijają
minuty, kwadranse. Boję się wyjść, chociaż nie słyszę już niczego, jak jeszcze
na początku. Przez głowę przemyka mi myśl, że ogłuchłem, ale szybko ją od
siebie odtrącam i zatapiam się w ciszy.
****
Kiedy
zaczyna mi brakować powietrza, a moje nogi drętwieją, postanawiam zaryzykować.
Otwieram wieko skrzyni i mrużę lekko oczy. Na początku niczego nie widzę i
wychodzę, myśląc, że mężczyzna już odszedł. Wstaję twarzą do okna i patrzę
przez chwilę na rozjaśniające się powoli niebo. Do świtu zostały pewnie około
dwie godziny.
Odwracam
się i cofając z przerażeniem, przewracam przedmioty, które stały na stoliku
przy oknie. Przykładam dłoń do ust, a drugą sięgam za siebie w poszukiwaniu
świeczki i zapałek, które szybko znajduję i używam.
Wszystko
wygląda bardziej przerażająco w świetle świecy.
Zwłaszcza
wisielcy.
****
Kiedy
uspokajam się, zaczynam analizować co się tutaj stało. To nawyk dziennikarzy.
Widzisz, że stało się coś ciekawego, starasz się dowiedzieć w jaki sposób,
wyłapujesz wszystkie szczegóły, które inni ludzi pomijają i układasz w zdaniach
zdania, których byś użył, aby opisać to zdarzenie.
Chustka,
która poprzednio znajdowała się na twarzy Wendy, leży teraz na miejscu obok
niej, a jej włosy, które wcześniej były w nieładzie, teraz opadają w idealnych
kosmykach na jej ramiona. Oprócz tego, nie widzę żadnych zmian w wystroju
przedziału.
Poza
chłopakiem w wieku około dwudziestu lat, z hebanowo czarnymi włosami i bladą
twarzą, który powiesił się na środku pomieszczenia.
Oto i John Darling.
****
OGŁOSZENIE
18
września dziennikarz James Andersen będzie podpisywał swoją książkę „O tym,
dlaczego nie jeżdżę pociągami” (niżej zamieszczamy opis powieści), która
została bestsellerem w ponad 20 krajach, w księgarni Waterstones na ulicy
Piccadilly w Londynie w godzinach od 1600 do 1800. Bilet
wstępu kosztuje 10£, można go zakupić do godziny
1530 tego samego dnia.
„O tym, dlaczego nie jeżdżę pociągami” to powieść oparta na
prawdziwych zdarzeniach angielskiego dziennikarza Jamesa Andersena, który jest
jedyną osobą, która przeżyła tragedię grudnia 1986 roku. Andersen opowiada szczegółowo o tym, co
działo się tej okropnej nocy, która pozbawiła tak wielu ludzi rodzin. Książka
spotkała się z pozytywnymi opiniami mediów i uzyskała status bestsellera w
ponad 20 krajach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz