sobota, 3 grudnia 2016

POWIDOKI Z MEGABABKĄ - potrzebna pomoc!!!



Drodzy!


W związku z naprawdę ciekawym konkursem plastyczno-fotograficznym
(a takich dla osób w Waszym wieku jest w Polsce naprawdę niewiele...)
- mam na myśli POWIDOKI Z MEGABABKĄ

zwracam się do Was z prośbą o pomoc.

Z opisu konkursu wynika:

"Zachęcamy do przyjrzenia się silnym, odważnym kobietom, których
głos 
był i jest znaczący we współczesnym świecie sztuki.

Zadaniem konkursowym jest wykonanie plastycznej lub fotograficznej
interpretacji 
wybranych dzieł artystek, których twórczość przypada
na XX i XXI wiek."


Pomóżmy plastykom i fotografom dwójkowym wyszukując dla nich ciekawe
postaci i pisząc eseje o twórczości kobiet.
Nie muszą to być długie teksty, dobrze, gdyby zawierały troszkę danych
faktograficznych (dosłownie ciut) i próbę scharakteryzowania najważniejszych
cech ich twórczości. Przydadzą się oczywiście reprodukcje dzieł.


POMOŻECIE???


Teksty potrzebne na już, im więcej i szybciej opublikujemy tym więcej
inspiracji damy naszym Twórcom!

Pokażmy, że w jedności siła :)


BG

środa, 30 listopada 2016

O tym, dlaczego nie jeżdżę pociągami

    
Fotel obity czerwonym materiałem jest zbyt miękki. Powietrze w przedziale zaczyna mnie dusić, a półki z bagażami wiszą zbyt nisko, ostentacyjnie przypominając mi, że w każdej chwili mogłyby spaść na moją głowę i przejąć kontrolę nad moim życiem. Uderzy mnie pudło na kapelusze kobiety ubranej w czerwoną sukienkę siedzącej obok mnie i nic mi się nie stanie? Czy może trafi we mnie maszyna do pisania mężczyzny z czarnym wąsem, o którego istnieniu nie daje mi zapomnieć, cały czas zakręcając sobie wokół palca jego prawy koniec? Mam cichą nadzieję, że będzie to karton po butach z kolekcją komiksów chłopca siedzącego naprzeciwko mnie, który patrzy z fascynacją za okno, ssąc truskawkowego lizaka. To śmierć, z której byłbym zadowolony.

W przedziale oprócz mnie i wymienionych wyżej osób znajduje się też młoda kobieta. Siedzi przy wejściu, czytając książkę i roztaczając wokół siebie aurę tajemnicy, której chciałbym się pozbyć. Jej kruczoczarne włosy nie pozwalają mi nie podejrzewać jej o bycie córką mężczyzny z wąsem, który choć w średnim wieku, nadal był dumnym właścicielem żywo zabarwionych włosów (o ile czarny można nazwać żywym kolorem).

Nie widzę jej twarzy, ponieważ postanowiła zostać w kapeluszu z ogromnym rondem, mimo wysokiej temperatury, powstałej na skutek kumulacji tylu ludzi w jednym przedziale, ale mam prawo podejrzewać, że jest porcelanowo biała, jak jej delikatne dłonie, na które, jak muszę się przyznać, patrzyłem odrobinę zbyt długo.

Staram się nawiązać kontakt wzrokowy, już po raz któryś dzisiejszego wieczoru, ale chociaż wiem, że zdaje sobie sprawę z tego, że jest obserwowana, ignoruje mnie. Nie rezygnuję jednak, ustanawiając sobie za cel zwrócenie jej uwagi na siebie podczas tej długiej podróży.

Mężczyzna Z Wąsem odkłada gazetę, która w spotkaniu z jego kolanami wydaje głośny dźwięk, i spogląda na mnie, marszcząc brwi. W jego oczach widzę wyraźną wiadomość o treści „Może zechciałbyś odwrócić wzrok, synu?”, ale ja cały czas przyglądam się kobiecie. Siedzi wyprostowana, z głową uniesioną wysoko. Jej broda rzuca cień na długą szyję, a ja podziwiam jak drga, kiedy nieznajoma przełyka ślinę.

Zaskakuje mnie nagły ból w nodze. Odwracam wzrok od kobiety i kieruję go na ośmiolatka siedzącego naprzeciw mnie, koło okna. Unoszę brwi, czekając na wyjaśnienie. Ubrany w sweter w paski chłopiec wskazuje tylko głową na przewijający się krajobraz. Między ustami cały czas ma lizaka, a w dłoni trzyma opakowanie po nim, którym szeleści, wyraźnie starając się zezłościć panią w czerwonej sukni, która co jakiś czas rzuca mu ponure spojrzenie.

Zapominając na chwilę o tajemniczej nieznajomej, spoglądam za okno, jak nakazał mi chłopiec. Na początku uważam, że to tylko głupi żart, ale zdaję sobie sprawę z tego, że nim nie był, kiedy je zauważam.

Chmury koloru słabej herbaty na niebie w odcieniu żółtego, jaki widziałem na stronach książki Czerwonej Kobiety. Słońce przywodzi mi na myśl pomarańczowe lody, które jadłem na wakacjach we Francji, mając osiem lat. Byłem przeziębiony, ale udało mi się namówić matkę na jedną gałkę, która wyjątkowo zapadła mi w pamięci.

Nie wiem, jak długo patrzyłem przez okno tęsknym wzrokiem, marząc, żeby móc już znajdować się u celu podróży zamiast w dusznym pociągu, ale słońce zdążyło już zajść, a ja czekałem na gwiazdy, niecierpliwiąc się niczym dziecko w dzień Bożego Narodzenia, myślące tylko o otwieraniu prezentów.

Już wcześniej starałem się wpuścić do przedziału trochę świeżego, zimowego powietrza, ale spojrzenie, jakie posyłała mi kobieta siedząca obok mnie sprawiło, że szybko zmieniałem zdanie. Skwitowała ten krótki epizod naszej podróży uniesieniem kącika ust nieznacznie i zbyt głośnym przewróceniem kartki swojej książki.

Nie mając co robić, próbowałem już dowiedzieć się, co czyta, ale za każdym razem moje starania kończyły się niepowodzeniem. Kiedy zauważyłem, że kobieta, którą postanowiłem nazywać Anastazją (jej krwistoczerwona suknia i usta o tym samym odcieniu w połączeniu z futrem wyglądającym na drogie skojarzyły mi się natychmiast z Rosją, a to moje ulubione imię tego pochodzenia), naumyślnie siedzi do mnie bokiem, abym nie widział co czyta, postanowiłem zapytać się o to, co od kilkunastu minut chodziło mi po głowie. Zignorowała mnie, a nikt z podróżujących nie zaszczycił mnie nawet przelotnym spojrzeniem.

Odwracam w końcu wzrok od okna, od razu kierując go na miejsce obok wąsatego pana, któremu w głowie nadaję imię George (przypomina mi niesamowicie pana Darling, a jeśli ktokolwiek ma być osobą to oceniającą, jestem to być ja – ten, który w dzieciństwie przeczytał i obejrzał „Piotrusia Pana” ponad dwadzieścia razy) i z przykrością stwierdzam, że nieznajoma, którą decyduję się nazwać Wendy, zniknęła.

Wątpię, by słowa potrafiły opisać zawód, jaki poczułem, ale nie byłbym dziennikarzem, gdybym nie spróbował.

Moje oczy otworzyły się szerzej, a usta rozchyliły, starając się wypowiedzieć pytanie, którego bałem się zadać. Dokąd poszła?

Poczułem się ponownie jak uczeń liceum. To był wyjątkowo chłodny zimowy dzień. Nazwałbym go pięknym, aby zabrzmiało to typowo, ale nie jest to przymiotnik, który mógłby mi przejść przez usta, mając na myśli tę datę.

Dłonie odziane w grube, wełniane rękawiczki zaciskałem wokół bukietu róż, starając się ich nie upuścić, a mój oddech zamieniał się w białą, jak kartka papieru parę wodną. Mój najlepszy przyjaciel dzień wcześniej powiedział mi, że dziewczyna, którą darzyłem wyjątkowym uczuciem je odwzajemniała. Radość, jaką poczułem w tamtym momencie była większa, niż kiedy spotkałem mojego ulubionego autora powieści, chociaż teraz z całą pewnością zaliczam to drugie zdarzenie do tych dobrych wspomnień.

Nie musiałem długo zbierać się na odwagę, jako że byłem pewnym siebie młodzieńcem. Następnego dnia pobiegłem do kwiaciarni i wydałem sporą część swoich oszczędności na bukiet róż. Biegnąc do szkoły, gdyż zajęcia Rose kończyły się za pięć minut, uśmiechałem się szeroko do każdego, a starszej pani, która szła samotnie przez ulice naszego miasta, podarowałem jedną z róży.

Gdy dotarłem na miejsce, nie mogło mnie spotkać większe rozczarowanie. Owszem, była tam, ale wymieniając pocałunek z Simonem, moim najlepszym przyjacielem.

W tamtym momencie poczułem, jak moje serce rozpadało się na setki kawałków. Teraz czuję, jak taśma, którą je skleiłem, boleśnie się poluzowuje.

****

Nie mogę nie zauważyć uśmiechu, jaki pojawia się na twarzy George’a, ani wzroku Anastazji. Również chłopiec ssie lizaka z wyrazem, który mnie wydaje się wyśmiewający.
Po raz pierwszy w moim umyśle zakwita pomysł, że cała ta grupa może być rodziną. Tym samym, dziecko naprzeciwko mnie zostaje ochrzczone imieniem Michael. Pozostaje jedynie pytanie: gdzie jest John Darling?

Stukam palcami w nogi przez kilka minut, decydując, że wstanie i wyjście od razu po Wendy będzie podejrzane i niegrzeczne. W tym czasie zastanawiam się, co tak naprawdę mam zamiar zrobić. Odnaleźć ją i zapytać o imię? Zaprosić na kawę? Wyznać, że pomimo faktu, iż zobaczyłem ją po raz pierwszy godzinę temu i nawet jej nie znam, zakochałem się w idei kobiety, którą mogłaby być?

Decyduję, że żaden z tych pomysłów nie jest odpowiedni.

Kiedy zauważam księżyc za oknem, stwierdzam, że odczekałem wystarczająco długo. Cały czas z głową w chmurach, rozmyślając o ciemnowłosej dziewczynie, wstaję i kieruję się do wyjścia, przepraszając po drodze rodzinę Darling.

Zdecydowanie nie doceniłem tego, jak wysoki jestem. Uderzyłem głową o framugę drzwi i zatoczyłem się lekko do tyłu.

Pierwszy zareagował Michael, który zachichotał. Anastazja posłała mu spojrzenie, które od razu ustawiło go do pionu, chociaż nie na długo, bo widząc, że matka chowa uśmiech za wachlarzem, sam uniósł wysoko kąciki ust, patrząc na mnie wyzywająco. George prychnął z pogardą, bo najwyraźniej był ponad śmianiem się z przypadkowych osób spotkanych w pociągu.

Ignoruję ich i jednym stanowczym ruchem otwieram drzwi, po czym zatrzaskuję je, nie przejmując się tym, że mogłem przeszkodzić Anastazji w czytaniu. Od pół godziny była na tej samej stronie, najwyraźniej lektura nie jest zbyt interesująca.

****

Korytarz jest wąski na około trzy stopy. Może cztery. Wyłożony jest dywanem, który w tym świetle wygląda na tak ciemny, jak krew. (A jeśli chodzi o jej odcień, to zapamiętałem go sobie bardzo dobrze. Któregoś dnia w gazecie zostałem wysłany do pracy w terenie. We wsi niedaleko naszego miasta pewien mężczyzna padł ofiarą mordercy. Krew była wszędzie. Na jego ubraniach, na ziemi, a najwięcej znajdowało się w okolicy rozciętej szyi i ust. Umarł, uśmiechając się.)

Kilka metrów od ciebie znajduje się pierwsze światło. Kolejne wiszą na ścianach w równej odległości. Nie możesz powiedzieć, żeby był to dobry wybór pod względem praktyczności. Zza ciemnożółtych kloszów na korytarz dociera zdecydowanie mało światła, a rozstęp pomiędzy kolejnymi lampami jest zbyt duży. Musisz jednak przyznać, że kreują cudowną atmosferę. Przechodząc korytarzami tego pociągu o godzinach nocnych, czujesz się jak we śnie. Spowijają cię ciepłe odcienie żółci i czerwieni, które minimalnie kojarzą ci się z Bożym Narodzeniem. Idąc, zanurzasz stopy w gęstym dywanie, czujesz, jak się zapadasz.

Po prawej widzisz przedziały, jeden za drugim ciągną się w nieskończoność. Czasem okna zasłonięte są ciemnym materiałem i nie masz pojęcia, kto znajduje się w środku. Innym razem, masz wszystko jak na dłoni, gdyż podróżujący zdecydowali się nie chować przed innymi.

W nozdrzach czujesz słodki zapach kolacji gotowanej w innym wagonie. Docierają do ciebie również dźwięki muzyki. Co bogatsi podróżujący zamówili grupy muzyczne, które umilały im długą drogę. Możesz usiąść na jednym z wysuwanych ze ściany siedzeń, ale wolisz powoli posuwać się na dywanie, patrząc przez okno na liczne gwiazdy błyszczące na czarnym nocnym niebie.

****

Od zapachu kręci mi się odrobinę w głowie. Przed oczami widzę jasne plamki, a wcale nie wyglądam przez okno. Robi mi się gorąco, mimo, że jest otwarte. Opieram się o ścianę i biorę kilka głębokich oddechów. Uspokoiwszy się, idę w dół korytarza, ciągnąc dłoń po ścianie, pamiętając jak, będąc chłopcem wykonywałem podobny gest, patykiem wodząc po płocie.

Pierwszy przedział na prawo od mojego ma zasłonięte okna. Zbieram się na odwagę i pukam w szybę, ale nie dostaję odpowiedzi. Jedyne co udaje mi się usłyszeć, to cichy dźwięk miauczenia.

Wzruszam lekko ramionami i nie myśląc o ponownym zapukaniu, przechodzę do drugiego przedziału, w którym znajduje się sześć kobiet. Przez umysł przechodzi mi myśl, że podziwiam je za to, że potrafią wszystkie razem siedzieć w tak niewielkim pomieszczeniu bez otwartego okna. Każda leży idealnie nieruchomo. Przyglądam się blondynce, która głowę oparła o szybę. Ma na sobie zieloną bluzkę i czarne spodnie, a na jej nadgarstku widzę spory zegarek. Zauważam, jak jej klatka piersiowa powoli się unosi. Uśmiecham się lekko, gdyż kobiety przypominają mi przyjaciółki mojej siostry, które zawsze opowiadały, jak to nie mają zamiaru iść spać którejś nocy, a rano razem z mamą znajdowaliśmy je w podobnych pozycjach, smacznie śpiące.

Mam zamiar przyjrzeć się kolejnym kobietom, aby sprawdzić, czy któraś z nich nie jest tą, którą szukam, gdy dezorientuje mnie głośny dźwięk. Kojarzy mi się z tym, który wydaje tłuczony talerz. W dzieciństwie słyszałem go bardzo często i to nie zawsze przez mojego młodszego brata.

Unoszę szybko głowę i rozglądam się. Przybiegam do miejsca, z którego dobiegł moich uszu dźwięk i staję przed właściwym przedziałem. Widzę głowy pasażerów, którzy postanowili opuścić swoje wygodne miejsca i sprawdzić co się stało. A mówiąc „sprawdzić”, mam na myśli siać panikę. Długo nie zajęło, żeby na korytarzu zaczęło się robić tłoczno. Wszyscy przesuwają się w moją stronę, zmuszając mnie do stanięcia na palcach w celu wzięcia oddechu świeżego powietrza.

- Na co pan czeka? – pospieszają.

- Niechże pan wejdzie do środka! – polecają.

Ulegam ich prośbom, a raczej grzecznie sformułowanym rozkazom, i otwieram drzwi od przedziału. Od razu zasłaniam usta dłonią i widzę, jak kilka osób dookoła mnie, które w tej kłótni o jak najlepsze miejsca wygrały, powtarzają mój gest.

Staram się odwrócić wzrok, ale nie potrafię. Jest bledsza niż wcześniej, a jej czarne włosy opadają na jej ramiona w sposób, który przypomina mi rzekę w moim rodzinnym miasteczku. Był przy niej niewielki uskok, który nazywaliśmy wodospadem, dopóki nie pojechaliśmy na klasową wycieczkę, żeby zobaczyć prawdziwy.

Na jej twarzy zastygł wyraz przerażenia, a usta zostały otwarte, gotowe do krzyku. Jej ręka opadła na brzuch, z dłonią wywróconą wnętrzem do góry. Obok niej, na podłodze leżała szklanka, która musiała być źródłem głośnego dźwięku, i kilka rzeczy osobistych, które dziewczyna musiała strącić ze stolika przy oknie.

- Proszę się odsunąć! – zarządzam, ochłonąwszy odrobinę. Pasażerowie ubrani w kosztowne futra szybko robią, jak powiedziałem. Kobiety owijają się szczelniej sweterkami i spuszczają głowy, a mężczyźni rozluźniają krawaty albo zakręcają ze zdenerwowaniem końce wąsów na swoich palcach.

- Niech zawoła pan konduktora! – rozkazuję mężczyźnie z przodu, który zdaje się zachowywać w miarę normalnie i nie panikować. Kiwa głową na znak, że zrozumiał i zaczyna przepychać się przez tłum. Prawdopodobnie powinienem był wybrać tego szczupłego pana po lewej.

Słyszę coraz głośniejsze szepty i przerażone wykrzyknienia. Wchodzę do przedziału i otwarłszy okno, kucam obok dziewczyny i odgarniam z jej twarzy kosmyk włosów.

Czyżby tak śpieszno było ci do Nibylandii, Wendy?

****

Minęło może dziesięć minut do czasu, kiedy reszta rodziny Darling trafiła do przedziału, przepychając się z płaczem przez tłum. Anastazja porzuciła gdzieś po drodze swoje futro na uciechę małej dziewczynki, która podróżowała na siedzeniach na korytarzu.

- Moje dziecko! – krzyczy z płaczem Ana, rzucając się na kolana obok córki. Michael upuszcza swojego lizaka, widząc ciało siostry. Jego oczy zaczynają się błyszczeć i szybko zaczyna płakać, przytulając się do nogawki spodni ojca, który pustym wzrokiem wpatruje się w porcelanową twarz dziewczyny.

Wagon zaczyna nagle gwałtownie hamować i wszyscy tracą równowagę, przewracając się w przód. Opadam na jedno z siedzeń w przedziale i czekam, aż wszystko się uspokoi. Nagle światła zaczynają migotać. Ludzie zaczynają znowu panikować. Na kilkadziesiąt sekund zapada kompletna ciemność, a z nią cisza, którą po minucie przerywa kobiecy wrzask.

Elektryczność zostaje przywrócona, przynosząc ze sobą kolejne krzyki i przerażone głosy, które tym razem nie należą jedynie do kobiet.

Wybiegam z przedziału i idę drogą, którą stworzyli dla mnie nieliczni pasażerowie, przyciskając swoje drżące ciała do ścian i okien.

- Niechże ktoś zawoła konduktora! – krzyczę, patrząc na leżące na dywanie drobne ciało kobiety ubranej w czarny kombinezon.

Wcale nie cieszę się z faktu, że miałem rację mówiąc, że dywan jest czerwony niczym krew.

****

Wszyscy zostali odesłani do swoich przedziałów i rozkazano im, aby zamknęli się w nich od środka. Nikt się ze mną nie spierał. Ustalono wzór, który będę wystukiwał, aby mi otworzono drzwi i wszyscy się rozeszli.

Patrzę na mężów przytulających żony, chociaż widziałem, że sami mieli ochotę utonąć w uścisku od matki. Samotnie podróżujące damy wracają grupkami na swoje miejsca i widząc właśnie grupę młodych kobiet, przypominam sobie o tych, które widziałem śpiące, zanim podróż przybrała zupełnie inny obrót niż myślałem.

Miałem właśnie wyjść i zrobić obchód, sprawdzając, czy wszyscy się pozamykali, kiedy ponownie utraciliśmy elektryczność. Po pociągu rozeszły się ciche westchnięcia. Po omacku znajduję świeczkę i zapałki i wyruszam, wiedząc, co znajdę.

Jeszcze nigdy w życiu nie marzyłem tak bardzo o tym, żeby się mylić.

****

Rozsuwam drzwi i klepię w policzki blondynkę, która wcześniej najbardziej przykuła moją uwagę. Kiedy nie przynosi to żadnego efektu, przykładam ucho do jej ust i sprawdzam jej oddech, którego nie słyszę. Następnie powtarzam wszystko u innych.

Teraz już nie tylko wyjątkowa uroda jest tym, co łączy wszystkie dziewczęta.

****

Idę przed siebie korytarzem, czując na dłoni ciepło świeczki. Syczę i przeklinam pod nosem, kiedy kropla wosku dotyka mojej skóry. Udaje mi się nie upuścić przedmiotu, który sprawił mi ból i poruszam się dalej. Stawiam ostrożnie krok za krokiem, bojąc się, że wejdę w kałużę krwi. Znalazło się dwóch chętnych, którzy pomogli mi przenieść ciało, ale śladów po zdarzeniu nikt nie odważył się posprzątać.

Ktoś pozamykał wszystkie okna i w pociągu zaczyna cuchnąć. Staram się je otworzyć, ale zatrzasnęły się. Głos dziennikarza w mojej głowie, który staram się uciszyć, podpowiada mi, że nie jest to przypadkiem. Ktoś zamknął nas w tej ogromnej metalowej puszce.

****

Słyszę trzask i zduszony krzyk w jednym z przedziałów.

Natychmiast prostuję się, moje oczy otwierają się szerzej i obracam głowę w stronę dźwięku. W duchu powtarzam swoją małą mantrę, której używam wyjątkowo często w czasie tej podróży. Błagam, niech nikomu się nic nie stanie. Proszę, proszę, proszę…

Zauważam cień mężczyzny z przedmiotem w ręce, który w mojej wyobraźni już przybiera kształt siekiery, choć nie mogę być tego pewien z tej odległości.

Decyduję się na samolubny ruch, chowając się w najbliższym wolnym przedziale, który okazuje się być tym z Wendy, zamiast pobiec w stronę tajemniczego mężczyzny i dowiedzieć się, co robi. Mimo, że państwo Darling otworzyli okno i posadzili córkę na fotelu, a jej twarz zasłonili chustką, to miejsce wygląda równie przerażająco, co wtedy.

Wiele kosztuje mnie niepatrzenie na Wendy. Te miesiące niepalenia papierosów w ramach treningu silnej woli przydają się teraz na nic. Nie potrafię zatrzymać pytań, które krążą mi po głowie. Czy mogłem temu zapobiec? Czy wszystkich spotka ten sam los? Czy gdybym nie patrzył przez okno, gdy Michael mnie kopnął, Wendy by żyła?

Siadam naprzeciwko niej, przy oknie, gdyż jest to najbardziej oddalona od drzwi część przedziału. Biorę najdłuższy kawałek potłuczonej szklanki, które Anastazja zawinęła w inną chustkę i położyła obok córki, i gaszę świeczkę.

Mój oddech jest płytki, szybki, a moje serce bije tak szybko, jak wtedy, gdy z pokaleczonymi od kolców róży dłońmi biegłem do domu po tym, jak zobaczyłem Rose z Davidem.

Spoglądam na Wendy, i szepczę: - Siedź cicho.

****

Kulę się na fotelu, ponownie czując się jak mały chłopiec, który w nocy z płaczem biegnie do mamy, bo wierzy, że pod jego łóżkiem żyją potwory. Dłońmi staram się zagłuszyć coraz głośniejsze dźwięki, zasłaniając nimi uszy.

Zaczęło się od krzyku. Stłumiony, krótki i przerażony. Potem doszło do moich uszu pukanie. Musiał usłyszeć nasz wzór, bo nie było tym razem dźwięku tłuczonego szkła, jak w późniejszych przypadkach. Był stosunkowo daleko ode mnie, ale wszystko słyszałem idealnie.

Tłuczone szkło, krzyki, błagania o litość, cisza i znowu wszystko od początku. Dźwięki tak idealnie sugestywne, że nie ma możliwości ucieczki od wizualizacji, jakie kreują. Idealny soundtrack, do którego swoją wyobraźnią trzeba dodać obraz.

****

Kiedy słyszę tłuczone szkło na odległości, jak oszacowałem, dwóch przedziałów od mojego, zaczynam panikować. Jeśli możliwe było, żeby moje serce zaczęło bić szybciej, niż robiło to do tej pory, na pewno zaczęło.

Rozglądam się zdesperowany do znalezienia miejsca na ukrycie się. Nie mam możliwości wyjścia z przedziału. Gdybym to zrobił, zobaczyłby mnie i prawdopodobnie sprawił, że krzyknąłbym, a następnie zapadłaby cisza. Nawet, gdyby znajdował się wtedy w innym przedziale, nie znalazłbym miejsca do schowania się na prostym korytarzu, byłbym w pułapce.

Dlatego teraz z taką desperacją wymyślam najbardziej nierealne pomysły na schowanie się. Być może te wszystkie wygrane gry w chowanego na coś się przydadzą.

Spoglądam z nadzieją na półkę na bagaże, ale musiałbym zdjąć niektóre, co na pewno by zauważył. Udawanie zmarłego też odpada – na pewno pamięta swoje ofiary.

Bóg, którymkolwiek by był, musiał wysłuchać moich próśb, bo w tym samym momencie, kiedy miałem wyjść i oddać się mordercy, zauważam, że fotel, na którym siedzę otwiera się jak skrzynia. Nie ma jednak zamknięcia, więc nie jest to tak oczywiste. Z szerokim uśmiechem, który może niebezpiecznie wahać się na granicy radości, a szaleństwa, otwieram ją i wchodzę do środka.

Mam niesamowite wyczucie czasu, bo kilkadziesiąt sekund po zamknięciu się w skrzyni, słyszę jak otwierają się drzwi mojego przedziału.

Nie ważę się zamknąć oczu, mimo, że niczego nie widzę. Boję się, że jeżeli to zrobię, już nigdy ich nie otworzę. Ten sam strach sprawia, że nie szaleję.

Mijają minuty, kwadranse. Boję się wyjść, chociaż nie słyszę już niczego, jak jeszcze na początku. Przez głowę przemyka mi myśl, że ogłuchłem, ale szybko ją od siebie odtrącam i zatapiam się w ciszy.

****

Kiedy zaczyna mi brakować powietrza, a moje nogi drętwieją, postanawiam zaryzykować. Otwieram wieko skrzyni i mrużę lekko oczy. Na początku niczego nie widzę i wychodzę, myśląc, że mężczyzna już odszedł. Wstaję twarzą do okna i patrzę przez chwilę na rozjaśniające się powoli niebo. Do świtu zostały pewnie około dwie godziny.

Odwracam się i cofając z przerażeniem, przewracam przedmioty, które stały na stoliku przy oknie. Przykładam dłoń do ust, a drugą sięgam za siebie w poszukiwaniu świeczki i zapałek, które szybko znajduję i używam.

Wszystko wygląda bardziej przerażająco w świetle świecy.

Zwłaszcza wisielcy.

****

Kiedy uspokajam się, zaczynam analizować co się tutaj stało. To nawyk dziennikarzy. Widzisz, że stało się coś ciekawego, starasz się dowiedzieć w jaki sposób, wyłapujesz wszystkie szczegóły, które inni ludzi pomijają i układasz w zdaniach zdania, których byś użył, aby opisać to zdarzenie.

Chustka, która poprzednio znajdowała się na twarzy Wendy, leży teraz na miejscu obok niej, a jej włosy, które wcześniej były w nieładzie, teraz opadają w idealnych kosmykach na jej ramiona. Oprócz tego, nie widzę żadnych zmian w wystroju przedziału.

Poza chłopakiem w wieku około dwudziestu lat, z hebanowo czarnymi włosami i bladą twarzą, który powiesił się na środku pomieszczenia.

Oto i John Darling.

****

OGŁOSZENIE

18 września dziennikarz James Andersen będzie podpisywał swoją książkę „O tym, dlaczego nie jeżdżę pociągami” (niżej zamieszczamy opis powieści), która została bestsellerem w ponad 20 krajach, w księgarni Waterstones na ulicy Piccadilly w Londynie w godzinach od 1600 do 1800. Bilet wstępu kosztuje 10£, można go zakupić do godziny 1530 tego samego dnia.


„O tym, dlaczego nie jeżdżę pociągami” to powieść oparta na prawdziwych zdarzeniach angielskiego dziennikarza Jamesa Andersena, który jest jedyną osobą, która przeżyła tragedię grudnia 1986 roku.  Andersen opowiada szczegółowo o tym, co działo się tej okropnej nocy, która pozbawiła tak wielu ludzi rodzin. Książka spotkała się z pozytywnymi opiniami mediów i uzyskała status bestsellera w ponad 20 krajach.

Powidoki z Megababką - konkurs plastyczny


Młodzieżowy Dom Kultury nr 1 oraz Młodzieżowy Dom Kultury nr 2 w Poznaniu 
we współpracy z Inicjatywą Mamy Głos
zapraszają do udziału w Ogólnopolskim Konkursie Plastycznym:

"Powidoki z MegaBabką"


Zachęcamy do przyjrzenia się silnym, odważnym kobietom, których głos
był i jest znaczący we współczesnym świecie sztuki.

Zadaniem konkursowym jest wykonanie plastycznej lub fotograficznej interpretacji
wybranych dzieł artystek, których twórczość przypada na XX i XXI wiek.

Niektóre z nich, jak m.in. Frida Kahlo, Yoko Ono, Marina Abramovic, czy w Polsce
Magdalena Abakanowicz, Jadwiga Sawicka, Izabela Gustowska swoją sztuką
i postawą twórczą wpisały się w opracowania. Jesteśmy przekonani, że wśród kobiet
artystek jest jeszcze wiele ciekawych postaci, które zasługują na większe uznanie.

Powidoki – rozumiane są tu jako forma odejścia od przedstawień realistycznych,
sposób ukazania tego co rysuje się pod powierzchnią powiek lub jako czysta abstrakcja.
Powidoki zachęcają do eksperymentowania z różnymi stylami sztuki współczesnej.

Termin przyjmowania zgłoszeń: 21 luty 2017.

Konkurs skierowany jest do uczniów szkół gimnazjalnych 
i ponadgimnazjalnych (13 - 19 lat).

Zachęcamy do udziału!!!

Agata Migdalska i Barbara Górecka




wtorek, 29 listopada 2016

Bezsens w sensie



De gustibus non est disputandum - o gustach się nie dyskutuje. To co jednych zachwyca,
innych może odrzucać. Myślę, że ta zasada wszystkim jest bardzo dobrze znana.

Także w interpretacji obrazów nie należy o niej zapominać. Oczywiście, w każdym tekście kultury możemy doszukiwać się piękna czy głębszego sensu, który nie dla każdego będzie tym właściwym sensem. Przejdę do sedna sprawy: to, co będzie można przeczytać w dalszej części postu, to moja opinia, z którą nie każdy musi się utożsamiać.

20 października miałam okazję podziwiać wystawę malarską z II połowy XX wieku w Muzeum Narodowym w Poznaniu. Chciałabym skupić się nad jednym, niezwykle intrygującym dziełem,
które wywołało u mnie mieszane (nawet bardzo mieszane) uczucia, a mianowicie ,,Rain - Carnation” autorstwa Leszka Knaflewskiego z 2001 roku. 


Początkowo była to dla mnie jedna, wielka niewiadoma wystawy. Po kilku chwilach od ujrzenia
tego obrazu, chciałam od A do Z wyrazić moje niezadowolenie i niesmak z obejrzanego dzieła.
Jak korzenie, ziemia i włosy mogą kogoś zachwycać?! Do niedawna i do mnie to nie przemawiało. Całość mocno odbiegała od wystawy, była bezsensowna, pusta - jednym słowem P O R A Ż K A. Korzenie roślin, ziemia i włosy wyglądają jak plemniki, tworząc wirujące konstelacje o symbolice przemiany materii nieorganicznej w ożywioną. Wszystko to tworzy obraz sztuki współczesnej.
I teraz pytanie: czy to jest sztuka przez wielkie S?


Trudno mówić, że ten obraz nie jest kreatywnym wytworem Knaflewskiego. Nie każdy wpadłby
na pomysł, by stworzyć malowidło z tego, co ma w ogródku. Przeanalizujmy teraz czym właściwie jest ta reinkarnacja. Jak podaje Wikipedia, to pogląd, według którego dusza (bądź świadomość)
po śmierci ciała może wcielić się w nowy byt fizyczny. Wiara w to, że odradzamy się jako zwierzęta, kwiaty, czy kamienie, wydawała mi się bardzo… dziwna. I tu dochodzimy do punktu kulminacyjnego. Hindusi, podobnie jak chrześcijanie, wierzą, że dusza jest nieśmiertelna i została stworzona
na podobieństwo Boga. W odróżnieniu od Niego, nie jest jednak doskonała i aby się z nim połączyć, przechodzi przez kolejne, coraz wyższe wcielenia; od przedmiotu, przez postać rośliny, zwierzęcia, człowieka… Wnioskując z tego, przedstawiona na obrazie forma kształtu plemnika jest nośnikiem życia. Całość symbolizuje ową reinkarnację, która objawia się w dalszych wcieleniach istoty ludzkiej. I można w to wierzyć, bądź nie, ta kwestia wypływa z wierzenia i podejścia do religii.

Zachwycać się czy się nie zachwycać obrazem Leszka Knaflewskiego? Teraz, gdy głębiej wgryzłam się w temat, przeczytałam artykuły znawców sztuki, dzieło pt.: ,,Rain - Carnation” nie budzi we mnie tak skrajnych emocji. Jego interpretacja nie należała do najprostszych. Właśnie TO jest twórcze
i intrygujące, choć nadal emanuje swego rodzaju brzydotą. Początkowo odrzuca swoją innowacyjną formą i wykonaniem, ale jest wart poświęcenia większej uwagi.

                                                                                                        Aleksandra Kurowska, 1a


środa, 23 listopada 2016

W krainie bajecznych rozważań. Relacja z projektu CZYTA – MY


Przez dwa miesiące uczestniczyłam w ciekawym projekcie, który miał na celu rozbudzić
w maluchach chęć sięgania po wartościowe i przyjazne książki, tak by czerpały
przyjemność z czytania. 

Na warsztatach przygotowujących nauczyłam się wielu rzeczy, które w dalszej pracy okazały
się bardzo przydatne. Poszerzyłam moją wiedzę o zakres pedagogiki przedszkolnej, dramy i pracy
z ciałem, zarówno teoretycznie jak i praktycznie. Ponadto, mnóstwo radości i uśmiechu sprawiło
mi wykonywanie kreatywnych zadaniach, takich jak na przykład zabawa z chustą animacyjną. Miałam również okazję zintegrować się z koleżankami ze szkoły. Warsztaty pomogły mi zrozumieć mechanizmy, którymi kierują się dzieci, a także sposób, w jaki powinnam do nich mówić i z nimi współpracować. Były to niezwykle owocne spotkania, które obfitowały w pozytywne emocje,
ciepłą atmosferę i nowe doświadczenia.

fot: Krystian Daszkowski / kdaszkowski.com
Projekt 'Czyta-my' był dużym przedsięwzięciem, w którym brało udział wiele osób. Udało 
mi się być jedną z nich. Projekt dotyczył pracy z dziećmi poprzez czytanie książek
i przeprowadzanie zajęć wokół nich (książek). Na początku czekał nas szereg różnorakich
zajęć (m.in. z dramy, z pracy z dziećmi), więc byłyśmy przygotowane na wszystko. Później
odbyło się parę spotkań w grupach, gdzie opracowywaliśmy tematy naszych zajęć i byliśmy przygotowywani do działań. 


fot: Krystian Daszkowski / kdaszkowski.com
fot: Krystian Daszkowski / kdaszkowski.com
Zajęcia prowadzone w Przedszkolu nr 51 były niezwykłe – pozwoliły mi nabyć nowe umiejętności
w komunikacji z dziećmi oraz w zabawie z nimi. Wypracowałam w sobie zdolność do rozmowy
z maluchami i zdobywania ich zaufania, co okazało się nie lada wyzwaniem, gdyż każde dziecko jest inne i inaczej reaguje. Czytana przez nas książka wywarła na nich ogromne wrażenie, gdyż lektura była pozbawiona kolorów, a na każdej stronie znajdował się alfabet braille’a. Dzieci nigdy wcześniej nie miały z tym styczności, stąd od początku do końca towarzyszyła im ciekawość. Podczas warsztatu panowała miła atmosfera i całość przebiegała zgodnie z planem, przedszkolaki
z każdego zadania czerpały mnóstwo radości, co dało nam siłę i pozytywną energię
do dalszej pracy. 

fot: Krystian Daszkowski / kdaszkowski.com
fot: Krystian Daszkowski / kdaszkowski.com
Gdy przeprowadzaliśmy warsztaty w przedszkolu, przypadło mi bycie w najmłodszej grupie 3-4 lata. Początkowo byłyśmy przestraszone tym faktem, ponieważ nie obcowałyśmy wcześniej z dziećmi
w tym wieku, wiec nie wiedziałyśmy czego możemy się spodziewać. Jednak mimo wcześniejszych wątpliwości uważam, że udało nam się trafić na najlepszą grupę wiekową, ponieważ dzieci słuchały nas bardzo uważnie i były bardzo zaangażowane we wszystkie zabawy.

fot: Krystian Daszkowski / kdaszkowski.com
fot: Krystian Daszkowski / kdaszkowski.com
Również warsztaty w Centrum Salezjańskim Młodzieży były udane, pomimo później pory i szarugi
za oknem. Na obu zajęciach największą przyjemność sprawiło dzieciom zadanie plastyczne
z wykorzystaniem czarnej kartki papieru, płatków kosmetycznych i farbek. Naszym wspólnym celem było uwrażliwienie przedszkolaków na ludzi niepełnosprawnych, szczególnie niewidomych, gdyż stanowią oni część naszego społeczeństwa. Zależało nam również na tym, by dzieci zrozumiały istotę pięciu zmysłów oraz to, że brak jednego z nich nie świadczy o wartości człowieka.

fot: Krystian Daszkowski / kdaszkowski.com
fot: Krystian Daszkowski / kdaszkowski.com
Następne zajęcia przeprowadzałyśmy w centrum salezjańskim, gdzie natrafiliśmy na parę trudności (np. fakt, że dzieci były z rodzicami, co trochę je rozpraszało oraz to, ze dzieci były w rożnej grupie wiekowej i czasem trudno było je uspokoić), jednak udało nam się wszystkiemu sprostać. Myślę,
że zajęcia były frajdą nie tylko dla dzieci, ale również dla nas - wolontariuszy,
a żadne początkowe obawy się nie ziściły.


W każdy warsztat wkładałam całe swoje serce i jest zadowolona z efektów pracy w grupie.
Razem z koleżankami doszłyśmy do wniosku, iż praca z przedszkolakami wcale nie należała
do najłatwiejszych, ale stawiłyśmy czoła temu zadaniu i jesteśmy zadowolone z efektów naszej
pracy. To, czego się nauczyłyśmy na pewno okaże się w przyszłości pomocne.

Aleksandra Kurowska, 1A
Zofia Szulc, 1D

Projekt dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu "Bardzo Młoda Kultura" (warsztaty odbyły się w ramach konkursu "Współdziałanie w kulturze").


Ponadto realizacja projektu wpisuje się w program "Poczytajmy" Centrum Edukacji Obywatelskiej.
Więcej informacji tutaj.

Książki wykorzystane na warsztatach z dziećmi:

"Czarna Książka kolorów", Menena Cottin, Rosana Faría, Widnokrąg
"Proszę mnie przytulić", Przemysław Wechterowicz, Emilia Dziubak, Ezop
"Pandamonium w zoo Pana Pikulika", Kevin Waldron, Wydawnictwo Łajka